CARLO ANCELOTTI DLA LA REPUBBLICA


Spotkanie z trenerem Milanu. Jego dzieciństwo w Bassie. Testy w Interze, który go odrzucił. Sukcesy w roli piłkarza i na ławce trenerskiej. Ancelotti otwiera swą duszę przed Giannim Murą. "Ale nie jestem wcale taki dobry!"

"Nazywam się Carlo Erminio, jak mój dziadek. Jak byłem mały, mówiłem o nim Carlino. Przy via Vallicella w Reggiolo żyło mi się wspaniale. Najpiękniejszym dniem był dzień świniobicia. Mój ojciec dzierżawił gospodarstwo rolne. Niemal 8 hektarów: pszenica, kukurydza, winnice, buraki cukrowe, 10 dojnych krów, trochę kur. Traktor Fiat 21 koni mechanicznych, żniwiarka. Brakujące sprzęty wymieniało się między gospodarstwami. Pamiętam jak dziś wizyty właściciela. Przy stosach pszenicy robił kreski patykiem: 'to moje, a to twoje' - mówił mojemu ojcu. 'Te są moje' - i wskazywał zawsze na najładniejsze i największe kury - 'a te twoje'. Ja jeździłem na rowerze: w wieku 13 lat wygrałem zawody młodzieżowe. Jako dwunastolatek złamałem rękę, zderzając się z bagażówką. Ale najbardziej lubiłem grać w piłkę."

"Kiedy pytają mnie, gdzie leży Reggiolo, mówię, że w Bassie, blisko Gualtieri, znanego dzięki muzyce Luciano Ligabue. Po szkole średniej chciałem studiować rolnictwo, ale ostatecznie trafiłem do 'elektronika', co tak naprawdę nie bardzo mi pasowało. Ale podążyłem za większością przyjaciół - dla towarzystwa. Oni nie chcieli być chłopami i stąd taki wybór. Ostatecznie zostałem biegłym elektrotechnikiem, ale zupełnie mnie to nie kręci."

"Ze Spallettim jesteśmy przyjaciółmi, ale mogę zrozumieć, że dotknęło go trochę, kiedy wyraziłem chęć znalezienia się prędzej czy później na ławce trenerskiej Romy. Wyobrażam sobie, że rzymskie rozgłośnie przyprawiły go o brak oddechu. Ja w Rzymie miałem się świetnie. To cudowne miasto, w którym bardzo łatwo znaleźć przyjaciół: ciepłe jest nie tylko powietrze. Mediolan jest bardziej zamknięty niż Rzym, a Turyn jeszcze bardziej niż Mediolan. Poza boiskiem w Turynie nie mam ani jednego przyjaciela. W Rzymie mam ich mnóstwo, a najczęściej rozmawiam z Bruno Contim. W Mediolanie wychodzę tak rzadko, jak tylko się da, a kiedy trafiam do tych absurdalnie przepełnionych lokali, mam ochotę zniknąć. Dla wygody jako piłkarz mieszkałem w Legnano, a teraz jako trener w Gallarate. I jest mi tak dobrze. W Parmie, którą wielu postrzega jako wyspę szczęścia, nie załapałem nigdy kontaktu ani z klubem, ani z miastem. Nigdy mnie nie cenili. Prawda jest taka, że miałem piękny zespół: miał przyjść Capello, a w zamian pojawiłem się ja i zastałem Crespo, Thurama, Verona, Chiesę, Zé Marię oraz chłopca w bramce, o którym dyrektor sportowy Sogliano wciąż mówił: ,to fenomen, wprowadź go do pierwszego zespołu'. Ja wówczas wciąż miałem dobre uderzenie, co zawdzięczam Bruno Morze, mojemu trenerowi z czasów juniorskich. I ten chłopczyk, którym był Buffon, wyciągał niemal wszystkie moje strzały."

"Kto był moim idolem w dzieciństwie? Eugenio Ghiozzi, który potem stał się Gene Gnocchim. Bardzo powolna 'dziesiątka', ale z techniką, która wzbudzała dreszcze. Był słynny w Bassie. Trzeba też zaznaczyć, że wtedy piłkę nożną śledziło się w radiu, bo w telewizji pokazywali urywki zaledwie jednego meczu. Mój ojciec kibicował Fiorentinie, nie wiadomo dlaczego. Ale potem nie miał problemu, by przerzucić się na Parmę, Romę, Milan, znów Parmę, Juve i znów Milan. Ja szalałem za Mazzollą i Boninsegną, byłem interistą. Pamiętam, że trułem ojcu przez tydzień, by zabrał mnie na mecz Interu. Najwygodniej było pojechać do Mantui. To był chyba rok 1971 - wiem, że grał Boninsegna. Przyjechaliśmy, a tam wszystkie bilety wykupione. Kasy zamknięte. Zacząłem więc płakać, bo to zwykle działało, ale przejścia strzegł jakiś twardziel, którego nie tak łatwo wziąć na litość. Wytrzymał całą pierwszą połowę: Inter przegrywał wtedy jednym golem. Potem powiedział: no dobra, wchodź. Inter wygrał 6:1."

"W Interze byłem na testach, kiedy prezydentem był Fraizzoli. Uznali, że jestem za drogi i kupili Beccalossiego. W barwach Interu mogłem posmakować gry na San Siro w sparingu z Herthą Berlin. Jako dziewiętnastolatek znalazłem się w jednej szatni z Anastasim, Altobellim, Binim, Canutim - wielu miałoby pełne spodnie… Przez tydzień byłem w Appiano pod okiem Berselliniego i jego asystenta Onestiego. Ważyli mnie codziennie - to było jak tortury. 'Jeśli zostaniesz, będziemy musieli opracować ci dietę' - mówili. Modliłem się, żeby mnie odesłali. Udało się."

"Poza Bruno Morą, który był także wspaniałym człowiekiem, uznaję dwóch różnych od siebie mistrzów: Liedholma i Sacchiego. Jeden z nich był gwiazdą futbolu, drugi boiskową fajtłapą. Myślę, że z dzisiejszym Milanem Nils poradziłby sobie lepiej niż ja, a Arrigo gorzej. Liedholm lubił technikę: w meczach nie planował niszczenia rywala, lecz egzaltację umiejętności swoich graczy. Wprowadził obronę strefową i nigdy nie znudził się nauczaniem futbolu. Sacchi był wielkim mistrzem taktyki: wysoko ustawiona obrona, treningi prawie cięższe niż same mecze. Kiedy Roma grała w Mediolanie i Turynie, wyjeżdżało się na mecz w środę około północy pociągiem sypialnym z Termini. Nils nie umiał wytrzymać do północy: o dziesiątej wieczorem udawał się do Tiburtino, gdzie przyłączano wagony i tam wsiadał z wyprzedzeniem. Potem były ponad trzy dni na zgrupowaniu w Astorii w Busto Arsizio. Bawiliśmy się jak szaleni, grając w karty i robiąc głupie żarty. Dzisiaj jest inaczej: po kolacji wszyscy zawodnicy znikają w swoich pokojach. PlayStation, iPody, komputery, komórki - niezbyt idealne dla zgrywania się grupy. Ale czas leci. Z taką samą kontuzją, jaką ma Gattuso, moja noga przypominała wykałaczkę i przez sto dni nie mogłem postawić jej na ziemi. On po 90 dniach od zabiegu biega i kopie piłkę - jest niemal gotowy."

"Mi też czas leci. Na początku byłem za bardzo podobny do Sacchiego: uznawałem tylko 4-4-2. Z Sacchim osiągnęliśmy wielkie sukcesy i bałem się coś zmieniać. Nie zgodziłem się na Roberto Baggio, bo jako trequartista nie pasował mi do schematu. Prawie to samo dotyczy Zoli, który musiał konkurować z Crespo i Chiesą. Dzisiaj nie puściłbym Zoli, a Baggio powiedziałbym: czekam na ciebie. Z biegiem czasu przychodzi poznanie. W Juve trafiłem na Zidane'a i nie powtórzyłem błędów z Parmy. W Milanie szukałem sposobu, by razem mogli zagrać Pirlo, Seedorf, Rui Costa i Rivaldo. Dzisiejsza piłka ma dwa stałe punkty: silny napastnik i wracający po latach nieobecności trequartista, grający między liniami pomocy i ataku. Moim prywatnym stałym punktem jest czteroosobowa obrona. Natomiast w pomocy i ataku może się u mnie zdarzyć wszystko."

"Są rzeczy, które mnie denerwują. Ancelotti jest zbyt dobry? Ale kiedy? Jeśli trzeba, wściekam się jak bestia, tylko że nie idę tego powiedzieć prasie. Ancelotti jest za bardzo posłuszny szefom? Ale gdzie? Chciałbym zobaczyć, ilu moich krytyków zbeształoby swojego pracodawcę przed kamerami w telewizji. Mi w Milanie jest bardzo dobrze. Z niektórymi piłkarzami łączy mnie specjalna więź: z Maldinim, Gattuso, Pirlo. Nie cierpię z powodu uwag Berlusconiego. Znam na pamięć to, co mu się podoba: wygrywać po pięknej grze. Ale nie zawsze się da. Muszę mu oddać to, że krytykuje, kiedy jest dobrze, ale kiedy jest źle, to zawsze jest blisko zespołu i trenera. Co do tego, że zajmiemy trzecie miejsce, nie mam żadnych wątpliwości. Nie chcę krzyczeć, że będziemy wyżej. Stanie się to, co ma się stać. I mówię to z maksymalnym spokojem."

"Wkurzyłem porządnie Halihodzica, kiedy powiedziałem, że chciałbym poprowadzić Wybrzeże Kości Słoniowej na Mundialu. Jasne, że chciałbym. Bardzo wierzę w afrykańską piłkę. Mają wyjątkowych graczy, którzy nie tworzą zespołu. Drogba, obaj Touré, Kalou, Ebué, Zokora i tak dalej. Na Mistrzostwach Świata przegrali tylko jedną bramką z Argentyną i Holandią, wygrali z Serbią. Podoba mi się pomysł z Afryką. A może po prostu chciałbym być bardziej zaangażowany w pracę z jakąś reprezentacją. Bardzo szczęśliwy był mój reprezentacyjny debiut podczas Mundialito w Urugwaju pod wodzą Bearzota. W 1986 byłem w kadrze, ale nie grałem, w 1990 odgrywałem jedną z głównych ról, a w 1994 byłem asystentem Sacchiego. Podobałby mi się kolejny, piękny, wielki kawałek tego tortu."

"Mówią, że z twarzy przypominam Hiddinka. To prawda. Tak samo jak to, że Hiddink jest trenerem, którego szanuję najbardziej spośród kolegów po fachu. Ale chciałbym też powiedzieć jedną rzecz na temat włoskich sędziów: gwiżdżą za dużo. Także Collina się z tym zgadza i ostatnio trochę się dostosowali. Mi podobają się Morganti, Rizzoli, Celi, Saccani. Nie może być tak, że wszystkie kontakty - w sporcie było nie było kontaktowym - są faulami. Włoscy asystenci z kolei są najlepsi na świecie w ocenie spalonych. Myślę, że Collina radzi sobie dobrze, choć w przeszłości miałem z nim wymiany zdań. Jestem jedynym trenerem, którego wyrzucił z ławki z czerwoną kartką. Byłem w Parmie i graliśmy z Juve mecz decydujący o losach scudetto. Starcie bark w bark pomiędzy Vierim i Cannavaro, karny dla nich. 'Brawo, brawo, jesteś po prostu świetny!' - krzyknąłem do niego. I mnie wywalił. Potem mi powiedział: 'z ruchu ust wyczytałem, że nazwałeś mnie fiutem.' 'To nieprawda' - odparłem, 'to to ja sobie tylko pomyślałem.'"

tłumaczenie: TomekW
 


© Copyright 2002-2016 by ACMilan.PL  ::  Wszelkie prawa zastrzeżone