21.11.2007
Od słupka: Żywa tarcza

Nie ma chyba w Milanie drugiej takiej osoby, która wśród kibiców wzbudzałaby równie sprzeczne odczucia jak Adriano Galliani. Bo przecież niejednemu z nas scyzoryk się w kieszeni otwiera, kiedy kolejny raz słyszymy wyliczankę trofeów zdobytych w erze Berlusconiego, czy też starą śpiewkę pod tytułem "jesteśmy mistrzami i supermistrzami Europy". A z drugiej strony komu się mordka nie cieszy, kiedy widzi te kultowe filmiki z nieokiełznaną, dziką radością Gallianiego z Perugii czy Aten? Czasem mam wrażenie, że wiele osób nie zdaje sobie sprawy, kim tak naprawdę jest dla Milanu wujek Fester - jak nazywają go włoscy tifosi.

Nie pomylę się raczej pisząc, że Galliani jest dłużej w klubie, niż Ty, drogi Czytelniku, kibicujesz rossonerim. Z tego też powodu nie wszyscy wiedzą, skąd nasz łysol wziął się w Milanie. A nie pojawił się przypadkiem. Zanim został działaczem piłkarskim, parał się innymi zajęciami. Zaczynał jako zwyczajny urzędnik w gminie Monza, by po ośmiu latach założyć własną firmę, zajmującą się produkcją aparatury do odbioru sygnału telewizyjnego. Punktem zwrotnym w jego życiu był jednak 1 listopada 1979, kiedy pierwszy raz spotkał Silvio Berlusconiego. Od tego czasu ich ścieżki biegły równolegle: Galliani brał udział w budowaniu potęgi Mediasetu, a gdy w 1986 Berlusconi wykupił Milan, Adriano został pełnomocnikiem zarządu klubu, a później także wiceprezydentem. Przez jakiś czas dzielił czas między klub i telewizję, ale od 1988 za namową syna Gianluki całą swoją energię poświęca Milanowi. Początkowo działał z dala od fleszy i kamer telewizyjnych, lecz gdy w latach 90-tych Berlusconi zajął się polityką, Galliani stał się bardziej medialny. Dziś jego łysa głowa i żółte zęby są bezbłędnie rozpoznawane przez każdego miłośnika calcio, niekoniecznie milanistę.

W czasie swojej kariery w roli działacza Milanu Gallianiemu zdarzało się kilka mniejszych bądź większych wpadek. Bodaj najbardziej spektakularna miała miejsce tego pamiętnego 20 marca 1991, gdy na Stade Vélodrome w Marsylii zgasł jeden z reflektorów. Cała Europa oglądała wówczas Gallianiego zganiającego zdumionych rossonerich z boiska i ryczącego w pomeczowym wywiadzie, że Milan będzie żądał walkowera. Powiecie, że gorzej być nie może? Nic z tych rzeczy: parę dni później Galliani przyznaje się do błędu, ale przy okazji ironizuje, używając niezbyt fortunnych sformułowań i przede wszystkim skandalicznego porównania do tragedii z Heysel ("Wachlarz kar zaczyna się na grzywnie, a kończy na zawieszeniu na zawsze. Jeśli za 39 ofiar dali pięcioletnią dyskwalifikację, to konsekwencje za podwójne wtargnięcie na boisko powinny nas kosztować troszkę mniej."). Nie brakowało też innych kontrowersji, jak chociażby udział w aferze Calciopoli, farsa z ogłoszeniem transferu Suazo, czy zbliżający się proces za sztuczne pompowanie bilansów. A mimo wszystko jest coś, co sprawia, że Berlusconi niezmiennie obdarza Gallianiego pokaźnym bagażem zaufania. I to nawet w sytuacji, gdy od kilku lat - a już szczególnie po utopieniu grubych milionów w beznadziejnym Oliveirze - Piersilvio i (zwłaszcza) Marina Berlusconi naciskają na ojca, by w końcu pożegnał łysego wiceprezydenta.

Powiedzmy sobie szczerze: jaki prezydent byłby na tyle szalony, by nie zwolnić faceta, który regularnie nadwątla wizerunek klubu z założenia mającego kreować tegoż prezydenta na człowieka sukcesu? Tylko taki, dla którego ten delikwent jest bezcennym sprzymierzeńcem w dążeniu do wyższych celów. Berlusconi do polityki wjechał na sukcesach Milanu i doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że o swoje najlepsze narzędzie propagandowe będzie musiał dbać. Gruby portfel Silvio pomógł Gallianiemu w zrobieniu kariery i Berlusconi był świadomy, że dzięki temu zyskał wiernego i lojalnego sojusznika, który będzie gotów na wszystko, byle tylko bronić swego dobroczyńcy. Galliani stał się żywą tarczą prezydenta. Na Silvio spływał cały splendor, podczas gdy Adriano przyjmował na klatę całą żółć wypluwaną przez sfrustrowanych krytyków. Widać to szczególnie w ostatnich sezonach, a już najbardziej w przypadku tegorocznego mercato. To Berlusconi pierwszy wypalił z obietnicami o wielkim transferze. Galliani jedynie kuł żelazo póki gorące, bo od kilku sezonów musiał obyć się bez prezydenckiego wsparcia i wiedział, że przy twardej postawie Fininvestu interwencja Silvio była jedyną nadzieją na spektakularny zakup. Buńczuczne wyliczanie zawodników, którzy rzekomo nie mogli się doczekać transferu do Milanu, zakończyło się sprowadzeniem Pato (który grać będzie mógł dopiero od stycznia) i niewiele brakowało, a na tym skończyłoby się letnie mercato rossonerich, bo kolejni kandydaci podsuwani przez Gallianiego i Braidę odpadali z etykietką 'gracz nie na miarę Milanu'. Wujek Fester przed kamerami robił z siebie idiotę, bełkocząc co chwila o mistrzach Europy i hiszpańskich podatkach, a także serwując setki statystyk oraz niewiele znaczących rankingów. Jednak z dala od błysku reflektorów w pocie czoła pracował nad tym, by pozyskać kogoś z listy życzeń trenera. W korytarzach przy Via Turati szepczą nawet, że transfer Emersona Galliani wymusił, grożąc dymisją. A dziś dostaje mu się za liche mercato, bo znów osłonił Berlusconiego, pozwalając masom myśleć, że wielkie plany wielkiego prezydenta pokrzyżował Laporta, który uparł się i zatrzymał Ronaldinho. I możecie być pewni, że za jakiś czas łysy jegomość w błękitnej koszuli i żółtym krawacie znów będzie plótł bzdury przed kamerami. Wyskoczy przed szereg i ustawi się na linii strzału, robiąc za łatwy cel. Bo właśnie od tego jest - ma odwracać uwagę.

W oczach większości Adriano Galliani jest bredzącym nieudacznikiem, groteskowym megalomanem, wymieniającym jednym tchem nie do końca swoje (według wspomnianej większości) zasługi, okrutnym żartem Berlusconiego. W rzeczywistości jest kozłem ofiarnym z wyboru. Z własnej woli stał się żywą tarczą, broniącą nie tylko prezydenta, ale także zawodników i kolejnych trenerów (czy on kiedykolwiek skrytykował publicznie kogoś z Milanu?). I choć na swej ścieżce zdarzało mu się czasem wdepnąć w "błoto", to od lat jest silnym atutem w talii kart Berlusconiego. I - patrząc na wyniki - może sobie z czystym sumieniem powiedzieć, że wykonuje dobrą robotę. A Ty, drogi Czytelniku, zastanów się, czy naprawdę tego nie widzisz, czy może wygodniej jest Ci to przeoczyć.

TomekW



© Copyright 2002-2012 by ACMilan.PL  ::  Wszelkie prawa zastrzeżone