05.12.2007
Od słupka: Złote kalesony

Milan udał się do Japonii, by reprezentować Europę w Klubowych Mistrzostwach Świata. Rossoneri staną tam przed szansą ukoronowania roku rozpoczętego ateńskim tryumfem w Lidze Mistrzów i kontynuowanego wywalczeniem Superpucharu Europy w Monte Carlo oraz zdobyciem przez Kakę Złotej Piłki France Football. Być może nadarzy się też okazja do zrewanżowania się Boca Juniors za porażkę sprzed 4 lat. Dodatkowym smaczkiem tej rywalizacji będzie z pewnością fakt, że oba kluby szczycą się w tej chwili siedemnastoma międzynarodowymi trofeami i zwycięzca stałby się najbardziej utytułowaną drużyną na świecie. Tymczasem media i kibice zastanawiają się, jakie znaczenie mają tak naprawdę te rozgrywki. Z jednej strony zwycięzca będzie mógł szczycić się mianem klubowego mistrza świata, z drugiej zaś przypomina się, że poziom niektórych uczestników pozostawia wiele do życzenia.

Klubowe Mistrzostwa Świata to stosunkowo nowy wynalazek, bo bieżąca edycja jest dopiero trzecią (nie liczę tu klubowego czempionatu AD 2000, który bardziej przypominał pokazowy turniej niż poważne rozgrywki). Sama idea jest jednak dość stara. Wszystko zaczęło się w roku 1960, kiedy UEFA i CONMEBOL (jedyne federacje organizujące w owym czasie klubowe mistrzostwa kontynentu) postanowiły rozstrzygać między sobą kwestię tego, który klub jest najlepszy na świecie. Tak narodził się Puchar Interkontynentalny - rywalizacja zwycięzców Pucharu (a później Ligi) Mistrzów i Copa Libertadores. Rozgrywki błyskawicznie podbiły serca kibiców, ale w latach 70-tych prestiż Pucharu Interkontynentalnego wyraźnie podupadł. Wszystko za sprawą gorącego temperamentu Latynosów, którzy ze sportowej rywalizacji zrobili niemal walkę na śmierć i życie (chociażby w pamiętnym finale Estudiantes - Milan). Skutecznie obrzydzili tym rozgrywki zespołom ze starego kontynentu, które zaczęły regularnie odmawiać udziału (w zastępstwie grali wicemistrzowie Europy, a dwukrotnie o Puchar w ogóle nie zagrano). Od marnego końca Puchar Interkontynentalny uratował w 1980 roku japoński koncern Toyota. Rozgrywki przeniesiono do Kraju Kwitnącej Wiśni, zmieniając formułę na pojedynczy mecz finałowy. Kolejny milowy krok uczyniono w roku 2005, kiedy do zmagań dopuszczono także ignorowanych przez lata mistrzów pozostałych kontynentów. Tym samym Klubowe Mistrzostwa Świata FIFA - bo taką nazwę nadano nowej formule Pucharu Interkontynentalnego - zmieniły się w trwający półtora tygodnia turniej.

Żeby ocenić wartość tego trofeum, należałoby chyba zadać sobie proste pytanie: kogo interesują Klubowe Mistrzostwa Świata. Oczywistym jest, że rozgrywki te mają znaczenie dla fanów jego uczestników. Organizatorzy mogą też liczyć na wielkie zainteresowanie ze strony rozkochanych w piłce japońskich kibiców, dla których KMŚ będą okazją zobaczenia na żywo namiastki wielkiego futbolu. Ale kogo jeszcze obchodzi wynik klubowego czempionatu naszego globu? Okazuje się, że żywe zainteresowanie wykazują kibice największych rywali uczestników. Na własnej skórze przekonać mogliśmy się o tym cztery lata temu, kiedy po porażce w karnych z Boca Juniors kibice Milanu stali się obiektem drwin i docinek ze strony juventinich i interistów. Również w tym roku zaczęły się już pojawiać złośliwe komentarze. Brylują w tym zwłaszcza fani Interu, którzy głośno wyśmiewają rangę rozgrywek, przypominając jednocześnie, że zespoły z Iranu, Tunezji, Meksyku czy Nowej Zelandii wyraźnie odstają poziomem od Milanu i Boca Juniors. Bawi mnie to niezmiernie, bo ci sami tifosi oburzają się śmiertelnie, gdy ktoś ośmieli się podważyć sportową wartość zeszłorocznego scudetto, zdobytego wszakże pod nieobecność Juventusu i przy dotkliwych sankcjach wobec trzech innych teoretycznych rywali do tytułu. Na szczęście są też inne głosy. Natknąłem się bowiem na komentarze kibiców Napoli czy Juventusu (pobyt w Serie B okazał się chyba solidną lekcją pokory), życzących rossonerim powodzenia i wyrażających nadzieję, że po latach przerwy tytuł klubowego mistrza świata wróci wreszcie do Włoch.

Osobnym rozdziałem jest podejście samych klubów i zawodników do KMŚ. Milan, który przed sezonem wymieniał te rozgrywki jako jeden z głównych celów, dziś otwarcie mówi, że tytuł klubowego mistrza świata jest tym najważniejszym celem w tym sezonie. Nie sposób zaprzeczyć, że ewentualna wygrana w Yokohamie opięłaby piękną klamrą erę Ancelottiego, bo Milan przywiózłby do domu jedyne trofeum, którego pod przewodnictwem Carletto nie udało mu się jeszcze wywalczyć (pomijam tu Puchar UEFA, który w dzisiejszych czasach zdegradowany został do rangi pucharu pocieszenia). Również z perspektywy zawodników Milanu KMŚ są łakomym kąskiem, bo większość z nich nie zna jeszcze smaku interkontynentalnego sukcesu. Filippo Inzaghiemu na długiej liście goli brakuje tylko tych strzelonych w klubowym czempionacie, a coraz głośniej mówi się, że w przypadku wygranej w Japonii Paolo Maldini natychmiast zakończyłby karierę. Na myśl o ewentualnym sukcesie ręce zaciera też z pewnością Adriano Galliani, dla którego tytuł mistrza świata byłby nieocenionym alibi na kolejne miesiące. Nie musiałby przez jakiś czas sięgać po tak głupie wymówki jak hiszpański system podatkowy. Pytanie tylko, czy klub o ambicjach Milanu nie powinien stawiać sobie trudniejszych celów priorytetowych? Na pewno to rekordowe osiemnaste międzynarodowe trofeum byłoby świetną sprawą, ale nie okłamujmy się: KMŚ są tak naprawdę międzykontynentalną wersją superpucharu. Cenniejszą i bardziej prestiżową niż Superpuchar Europy, Superpuchar Włoch i Puchar Włoch razem wzięte, ale nadal przedstawiającą mniejszą wartość (przynajmniej dla mnie) od scudetto i - przede wszystkim - Ligi Mistrzów.

Wszystko stanie się jasne najpóźniej 16 grudnia. Jeśli wygramy, będziemy klubowymi mistrzami świata, pocieszymy się trochę i usłyszymy, że rywale byli słabi, a same rozgrywki groteskowe. Jeśli przegramy, to życie będzie toczyć dalej, a kibice rywali w jednej chwili uczynią z Klubowych Mistrzostw Świata najważniejszy klubowy turniej na świecie. Póki co jednak, postawa Milanu przypomina mi wyścig o przysłowiowe złote kalesony. Z całej siły dążymy do czegoś, co bezsprzecznie ma sporą wartość, ale w amoku przesadnie ją zawyżamy, zapominając o bardziej ambitnych i wymagających większego zaangażowania celach. Co i tak nie zmienia faktu, że - jak każdy kibic Milanu - chciałbym w 108. urodziny klubu znów usłyszeć, jak Carlo Pellegatti krzyczy: "Alzala Paolo! Alzala!"

TomekW



© Copyright 2002-2012 by ACMilan.PL  ::  Wszelkie prawa zastrzeżone