![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
|
|
|||
![]() |
||||
|
06.06.2009 Od słupka: Ja zostaję! Nie takiego początku sezonu ogórkowego spodziewali się sympatycy Milanu. Jeszcze w niedzielne popołudnie wszyscy cieszyli się z wywalczenia bezpośredniego awansu do fazy grupowej Ligi Mistrzów, a niektórzy również z odejścia Carlo Ancelottiego. W poniedziałek zaprezentowano Leonardo, który dla wielu miał być gwarantem tego, że Kaká zostanie w Milanie, a kolejne brazylijskie gwiazdy będą miały znacznie bliżej do Milanello niż do innych ośrodków treningowych. Od wtorku jednak kibicom rossonerich serwowana jest powtórka tych dramatycznych dni ze stycznia, kiedy to wydawało się, że Ricky lada moment pożegna się z Milanem. Klub najpierw udaje, że nic się nie dzieje, by następnie zacząć kampanię dezinformacyjną, w której Galliani mówi jedno, a Berlusconi po chwili zaprzecza. Tymczasem zdezorientowani kibice wychodzą na ulicę, by w akcie rozpaczy ostatni raz zawalczyć o swojego idola. I pytają: co się dzieje? Odpowiedź na to pytanie jest oczywista: Milan chce sprzedać Kakę. Nie ma co do tego żadnych wątpliwości. Potwierdza to Galliani, oznajmiając grobowym tonem, że klub nie może sobie pozwolić na straty rzędu kilkudziesięciu milionów euro rocznie. Berlusconi też o tym mówi, z tym że on bardziej skupia się na zrzucaniu winy na Brazylijczyka. To zresztą firmowe zagranie premiera, który przecież nader chętnie wypina pierś po ordery, a od niepowodzeń równie ochoczo się odcina. Ale mało kto da się nabrać na sztuczki Berlusconiego. Tym bardziej, że on sam przy okazji inauguracji poprzedniego sezonu z przekonaniem mówił: "Nie sądzę, by na świecie był prezydent wystarczająco bogaty, by móc przyjść do mnie i zabrać mi Kakę, oferując mu więcej niż ja." A tymczasem w ciągu owego sezonu znalazło się dwóch takich włodarzy. Gdyby Berlusconi nadal chciał inwestować w Milan, to nawet takich interesantów bez mrugnięcia okiem odesłałby do diabła. Ale on już nie chce. I jeśli Kaká faktycznie zostanie sprzedany - a na to się zanosi - będziemy mogli oficjalnie ogłosić koniec wielkiego Milanu. Tego, do którego nikt nie przychodził po gwiazdy, bo każdy zdawał sobie sprawę, że to bezcelowe. Berlusconi nie chce tego przyznać i próbuje winić Brazylijczyka, licząc na to, że kibice zareagują tak samo, jak przy okazji odejścia Shevchenki. Milan chce sprzedać Kakę i ma ku temu swoje powody. Nawet jeśli Berlusconi zaledwie pięć miesięcy temu mówił, że "Kaká i Milan już odmawiali w przeszłości Realowi i nie widzę powodu, dla którego to miałoby się zmienić." A jednak takowy się znalazł - i być może nie jeden. Sprzedaż Kaki to część planu odciążenia klubowego budżetu. Bo trzeba jasno i wyraźnie zaznaczyć, że Brazylijczyk siedzi na samym szczycie puli wynagrodzeń. To on jest punktem odniesienia i to do niego chcą równać inni zawodnicy pod względem pensji. Brazylijczyk zarabia znacznie więcej niż którykolwiek inny milanista i to tworzy dysproporcję. I tu wchodzimy w strefę domysłów, ale wypada wspomnieć o Bosco Leite, ojcu Kaki. Piłkarz broni go rękami i nogami, ale to akurat nie powinno dziwić, bo jednocześnie chroni przecież swój image. Jeśli wierzyć doniesieniom prasy, to wychodzi na to, że dzielny papa Bosco od samego początku co i rusz podróżował po Europie, by wysłuchiwać kolejnych ofert, dzięki czemu Ricky mógł liczyć na regularne podwyżki. A i reszta rodzinki korzystała: tu kontrakcik dla brata, tam zlecenie dla żony zorganizowania klubowej wigilii… Być może Milan miał po prostu dość i zdecydował się przerwać ten proceder prowadzący do destabilizacji puli wynagrodzeń. Jest też jeszcze inny możliwy powód chęci sprzedaży Kaki. Tak naprawdę nikt z nas nie wie, w jakim stanie są kolana zawodnika. Być może Galliani i spółka zdali sobie sprawę z tego, że lepiej już nie będzie i nie chcą powtórzyć błędu Barcelony, która tak długo zwlekała ze sprzedażą Ronaldinho, że w końcu musiała go puścić za czwartą część tego, czego żądała rok wcześniej. Milan chce sprzedać Kakę w dość dziwnym terminie. Do końca mercato jeszcze niemal trzy miesiące, więc rossoneri mogliby ten transfer przeprowadzić spokojnie i po cichutku. Mieliby czas uporać się z następstwami, jakie bezsprzecznie wywoła odejście takiego gracza. Mogliby znaleźć następców bez obaw, że wiadomość o zainkasowaniu grubych milionów za Kakę podbije ceny wszystkich celów transferowych. Mieliby szansę popracować nad jakimś transferem, który choć trochę uspokoiłby gniew kibiców. Tak mogło być, a jednak sprawa się wydała właśnie w tygodniu poprzedzającym wybory, w których Berlusconi popiera kandydatów nie tylko ze swojej partii, ale z całego bloku wyborczego Popolo Della Libertá. Być może Silvio i spółka zlekceważyli hiszpańską prasę i nie wzięli pod uwagę tego, że Galliani zostanie namierzony w Madrycie. A może uznali, że sprawę załatwi komunikat o tym, że Łysy udał się do Pereza tylko i wyłącznie na uroczystość z okazji przejęcia przezeń władzy w Realu. Jeśli tak myśleli, to srogo się pomylili. Może jednak było to zagranie celowe, mające zapewnić trochę darmowego czasu antenowego na mówienie o kryzysie, a także pokazać ludziom, że racjonalny premier potrafi w ciężkich chwilach podejmować bolesne decyzje dla szeroko pojętego dobra ogółu. Są też tacy, którzy czekają na niezbyt realną, ale przecież nie niemożliwą odsiecz Berlusconiego: pojawienie się przed kamerami w chwili, w której wszystko wydaje się być stracone, i tryumfalny komunikat "przekonałem go, by został!" Milan chce sprzedać Kakę i nie jest to pomysł nowy. Bo chyba nikt nie uwierzy w to, że Galliani z Berlusconim mieli przebłysk w poniedziałkowy wieczór i wymyślili, że skoro Łysy będzie nazajutrz w Madrycie, to mógłby spróbować zarobić na marzeniach Pereza. Nic z tych rzeczy. Transfery graczy tego kalibru przeprowadza się miesiącami. Zaryzykowałbym stwierdzenie, że decyzja o sprzedaży Kaki zapadła co najmniej rok temu, a te przeszło trzydzieści tysięcy kibiców, które w ekstazie witało w lipcu Ronaldinho na San Siro, nie różniło się zbytnio od mieszkańców Troi tańczących radośnie wokół gigantycznego konia, który przyniósł im zagładę. I nie mogę się oprzeć wrażeniu, że słowa Silvio "w przyszłym sezonie zobaczycie więcej Ronaldinho" nie wieszczyły nam tylko pożegnania z Ancelottim, ale również rozbrat z Kaką. Kto wie, być może to właśnie plany sprzedania Ricky'ego przepełniły czarę goryczy i przesądziły o decyzji Carletto. Galliani wiedział od marca, że trzeba szukać nowego trenera (zdradza to Bronzetti na swoim blogu), ale nie kontaktował się z żadnymi kandydatami. Trudno się dziwić: poważni trenerzy wymagają od wielkiego klubu na dzień dobry wzmocnień, a nie sprzedaży najlepszego gracza. I pewnie dlatego schedę po Carlo przejął Leonardo - bliski współpracownik Gallianiego i Braidy, pasujący do polityki byłych graczy, a przede wszystkim zbyt niedoświadczony, by marudzić. Oczywiście piłkarz też był świadomy tego, co się dzieje. Lecąc ostatnio do Brazylii, doskonale wiedział o tym, że tatuś lada chwila uda się z Gallianim do Hiszpanii, i zdawał sobie sprawę z tego, co się za chwilę rozpęta. To właśnie dlatego w ostatnich miesiącach tak asekuracyjnie wypowiadał się na temat swojej przyszłości w klubie. "Zostanę dopóki nasze cele będą zbieżne" to dość wygodna wymówka, bo zostawia otwarte wyjście ewakuacyjne. Widać wyraźnie, że Kaká wyciągnął wnioski z przygód Shevy, a także domyślił się, na kogo Berlusconi spróbuje scedować winę. Był też sprytniejszy od Ronaldo, z którego Inter zrobił zdrajcę, aby chronić skonfliktowanego z zawodnikiem trenera Cupera. To, że Milan chce sprzedać Kakę, to mało powiedziane. Milan Kakę już sprzedał i teraz czeka tylko aż Ricky złoży podpis, który przesądzi sprawę. W styczniu piłkarz udowodnił wszystkim, że hasła "I belong to money" były niesprawiedliwe i krzywdzące. Ale tamte dramatyczne wydarzenia wcale nie muszą świadczyć o bezgranicznej miłości Kaki do czerwono-czarnych barw. Niektórzy sugerują, że owego styczniowego wieczora Ricky nie posłużył się sercem, by wybrać Milan, lecz użył rozumu, by odmówić Manchesterowi City. Nie da się ukryć, że tak bogatemu piłkarzowi łatwiej odrzucić dodatkowe pieniądze od klubu, który nie gwarantował szybkiej walki o najwyższe cele. Teraz jednak ofertę składa Real: pieniądze podobne jak w Milanie, a prestiż nieporównywalnie większy niż w City. Jeśli Kaká zostanie, nie będzie wątpliwości co do prawdziwości jego styczniowych deklaracji. Jeśli odejdzie, wątpliwości pozostaną, ale nie będzie to oznaczało, że nas okłamał. Bo całkiem prawdopodobna jest wersja promowana przez "Barona" - nawet jeśli Lombardi nie jest zbyt wiarygodnym źródłem (to on z kolegami "zafundował" Gallianiemu całodobową ochronę) - według której Kaká czuje się zdradzony i opuszczony przez Milan. Może być tak, że miarka się przebrała i druga w tym roku próba sprzedaży pomoże zawodnikowi dojść do wniosku, że skoro tak starają się go spieniężyć, to nic tu po nim. Niewykluczone też, że Ricky nie przetrawił do końca akcji z City i postawił sprawę jasno: "Nie chcecie mnie? Trudno. Ale to ja zdecyduję, gdzie odejdę." Jak było, nigdy się pewnie nie dowiemy. Chyba, że Kaká spełni marzenia większości kibiców i niczego nie podpisze. Milan chce sprzedać Kakę i czyni to nieodwracalną wyrwę w wizerunku klubu. Galliani z Berlusconim mogą sobie mówić, co chcą, ale nie zmienią tego, że na naszych oczach upada mit o Milanie, który nie sprzedaje swoich mistrzów dla pieniędzy. Już pożegnanie z Shevą mocno naruszyło tę teorię, ale wówczas to piłkarz poprosił o transfer, więc odwrócono kota ogonem, by pokazać, że Milan nie staje nikomu na drodze do szczęścia. Do tego historia futbolu dała Ukraińcowi i Chelsea prztyczka w nos i z całego zamieszania zwycięsko wyszedł ACM (a to, że potem tę kasę bezmyślnie przepuszczono, to już inna sprawa). Tym razem jednak sytuacja jest zgoła odmienna: nie mówimy bowiem o kimś, kto dał już z siebie to, co miał najlepszego, i wkroczył w fazę swobodnego spadku, lecz o piłkarzu stosunkowo młodym, o jednym z najlepszych na świecie, a dla wielu także o symbolu klubu. Tyle że romantyczny Milan skończył się na dobre w zeszłą niedzielę wraz z odejściem na emeryturę Maldiniego, a ostatni klubowy sztandar został podeptany i opluty przez kibiców tydzień wcześniej na San Siro. Teraz zaczął się czas uzdrawiania klubowego bilansu. To zdegraduje Milan do roli dostarczyciela talentów dla finansowej elity. Manchester City postawił tezę, że z ACM można wyciągnąć każdego, a Real zamierza to udowodnić. I możecie być pewni, ze za jakiś czas zgłoszą się też chętni po Pato i każdą kolejną gwiazdę, jaką Milan będzie miał w swoim składzie. Lepiej więc przygotować się psychicznie na chude lata i mieć nadzieję, że nie jesteśmy świadkami początku końca. Milan chce sprzedać Kakę i oznacza to konieczność całkowitej reorganizacji. Wiele osób domagało się zmian, ale raczej niewielu jest takich, którzy chcieli, by przeprowadzono je kosztem zawodnika, wokół którego powinna się rozpocząć budowa nowego Milanu. Spodziewano się raczej pozbycia się starszych, nasyconych sukcesami i wypalonych już w tym klubie Pirlo oraz (przede wszystkim!) Seedorfa. Wygląda jednak na to, że zamiast tego czeka nas prawdziwa rewolucja. Bez Kaki gra Milanu musi przybrać zupełnie inne oblicze, zwłaszcza, że Łysy sam podkreślał, iż bez Brazylijczyka mieliśmy średnią punktów na poziomie drużyn walczących o utrzymanie. Galliani i spółka stawiają samych siebie pod ścianą. Nie będą mieli wyjścia: albo przeprowadzą mądre transfery, albo zapłacą za wszystko podczas kampanii sprzedaży karnetów, bo kibice już skandują hasło "zeru Kaki, zeru abunamentów!" Przy umiejętnym zarządzaniu klub może to wszystko odwrócić na swoją korzyść. Poprawiając skuteczność łowców talentów i poświęcając większą uwagę sektorowi młodzieżowemu, Milan może wytrzymać tę ciężką próbę, a sprzedaż Kaki wcale nie musi (choć oczywiście może) oznaczać tego, że na kolejne trofea przyjdzie nam czekać latami. Bo rossoneri wygrywali również przed pojawieniem się Brazylijczyka, a on sam gwarantem sukcesów nie jest. Kończąc ten trochę zbyt długi felieton, chciałbym jednak powziąć pewne postanowienie. Dam szansę Gallianiemu, dam szansę Berlusconiemu. Zrobię to, choć bolą mnie ich notoryczne kłamstwa i wolałbym, żeby przyznali publicznie, że będzie ciężko, zamiast powtarzać w kółko bajki o naszej wielkości. Poczekam spokojnie i popatrzę, co zrobią latem i jaki Milan pomogą zbudować Leonardo. Wtedy ich ocenię - również za Kakę. A teraz, dla własnego zdrowia, dam im szansę, bo nic innego mi nie pozostało. Nie mam wpływu na to, co zrobią, ale wiem jedno: piłkarze, trenerzy czy działacze przychodzą i odchodzą. A Milan był, jest i - miejmy nadzieję - będzie. Mogą nadejść chude lata, ale takie już widziałem i wiem, że od tego się nie umiera. Gdy zabraknie Berlusconiego, klub może być zmuszony kroczyć o własnych siłach: być może nadszedł najwyższy czas, żeby zacząć się tego uczyć. Galliani nie dotrzymał słowa i nie odszedł z Ancelottim, więc będzie miał wyryte na nagrobku, że był tym, który sprzedał Kakę. Bo Kaká odejdzie - jestem tego pewien (choć chciałbym się mylić). I wielu się to nie spodoba: jedni będą złorzeczyć, jeszcze inni płakać. Będą też pewnie tacy, którzy przez to zmienią klub. A ja już postanowiłem. Ja zostaję! TomekW PS: Tytuł tego felietonu wymyślił mój przyjaciel Marek w czasie naszej debaty nad zamieszaniem wokół Kaki. |
||||
![]()
|
||||
|
© Copyright 2002-2012 by ACMilan.PL :: Wszelkie prawa zastrzeżone |