![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
|
|
|||
![]() |
||||
|
29.10.2007 Milanicja Obywatelska: Parytet priorytetów Zastanawia mnie czasem, jakby to było, gdyby w kwietniowych ćwierćfinałowych meczach Ligi Mistrzów to Roma odprawiła z kwitkiem Manchester, a nie odwrotnie. I gdyby to giallorossi stanęli naprzeciw drużyny Ancelottiego w 1/2 finału Champions League. Czy i w takim wypadku „europejskie DNA” dałoby o sobie znać? Czy sam fakt zmierzenia się ze znajomym z włoskiego podwórka – w dodatku zespołem, który w danym punkcie tamtego sezonu miał już Milan dwukrotnie na widelcu (w tym raz na San Siro) i był ekipą bezsprzecznie lepszą – nie stanowiłby żadnego problemu dla czerwono-czarnej spółki? Czy i z takim przeciwnikiem rossoneri byliby w stanie zagrać jedno z najlepszych swoich spotkań w ostatnich latach? Czy ten „europejski wirus”, którym są podobno zarażeni wszyscy w klubie, od zawodników aż po sprzątaczki, ujawniłby się i tym razem? No i co z tego wynika – czy siódmy Puchar Mistrzów, zdobyty chyba w najbardziej niesamowity i niespodziewany sposób, stałby się faktem? Nie da się ukryć, że do wywalczenia tego triumfu nie potrzeba było wiele. Milan mógł się obijać przez rundę kwalifikacyjną, prześlizgnąć bez większego wysiłku przez fazę grupową, potem okazać trochę cierpliwości w 1/8 z Celtikiem. A na końcu wreszcie błysnąć tylko - w rewanżach z Bayernem i Manchesterem - oraz zaprezentować konsekwencję w finale z Liverpoolem (o właśnie, o braku takowej pisałem ostatnio). Ale żeby wprowadzić w życie te wszystkie czasowniki, a zwłaszcza dwa ostatnie, rossoneri potrzebowali dać z siebie coś więcej, niż minimalizm, który lansowali w Serie A. Zawalony początek (serie remisów, czy meczów bez wygranej u siebie – skąd my to znamy?) uzupełniony został walką o to nieszczęsne i w ostateczności wyszarpane czwarte miejsce. Poza tym zrywem nie ma nawet czego w tamtym ligowym sezonie pochwalić, bo i Inter i Roma pokazały Milanowi miejsce w szeregu. Tak, wtedy jeszcze można było z czystym sumieniem stwierdzić, że Milan to trzecia siła na krajowym podwórku (mimo wszystko przed Lazio i Fiorentiną). Dziś trudno jednoznacznie wskazać pozycję rossonerich w tym szeregu. Ale wróćmy do zasygnalizowanego odchyłu ponad minimalizm. Milan ma to szczęście, że zebrał w swoich szeregach paru asów, którzy nie potrafią nigdy odmówić sobie przyjemności, by nie pokazać się na europejskich salonach. Seedorf czy Inzaghi, to prawdziwi – jeśli można tak powiedzieć – koneserzy obracania się w tym szlachetnym towarzystwie. A to nie tylko oni w drużynie tak się rozwydrzyli. Skutkiem tego jest fakt, że w Lidze Mistrzów ta kompania JESZCZE potrafi (póki co nie można powiedzieć inaczej) kiedy trzeba wypruć flaki – oto mamy 2 zwycięstwa, finał i półfinał w pięć lat – a w lidze włoskiej JUŻ nie, nawet kiedy wypada. DNA? Europejski priorytet? Bujda, granda zwykła. To w 2004 roku, kiedy Milan nazywano stratosferycznym, kiedy kręcono filmy o „Meravigliosich”, kiedy Rafał Stec pisał artykuł pt. „Czy Milan zdominuje na lata Ligę Mistrzów?”, to wtedy rossoneri parli odważnie przed siebie w lidze, i wtedy spotkania na San Siro z maluczkimi nie przyprawiały nikogo o palpitacje serca. Już pomijając fakt tej irracjonalnej (tu powiedzenie Berlusconiego świetnie pasuje) porażki z Deportivo, która przerwała marsz po jak najbardziej spodziewany i zasłużony dublet. Rzekomo nastawiany tylko na Europę Milan umiał się zaprezentować w narodowych rozgrywkach i to nie przez jeden sezon. A wszystko to, bo został mądrze i hojnie wyposażony przez doskonałe zakupy z lat 2001 – 2003. Tymczasem zapasy się kończą, co pokazuje opadająca krzywa wyczynów ligowych. Krzywa występów europejskich póki co się trzyma, ale gotowa lada chwila tąpnąć. Milan nie olewa ligi. On nie umie już w niej grać. Został przejrzany na wylot przez słabych i mocnych. Ci pierwsi wiedzą, co zrobić, żeby się Milanu już nie bać, ci drudzy wiedzą, co mają zdziałać, by Milan bał się ich. A sam Milan nie wie co uczynić, by znów stać się konkurencyjnym na krajowym rynku. Po meczu z Romą Carlo zastanawiał się gdzie leży sedno problemu. Słusznie sądzi, jeśli podejrzenia odsuwa od siebie, bo to on jest teraz najmniej winien. To zabrzmi zbyt ogólnikowo, ale taka jest prawda: wszystko inne jest do remontu. Jak ja mam ocenić pracę krawca, skoro materiału ma mało i jakiś on już trefny? Wróćmy do rozważań z początku tekstu. Śmiem podejrzewać, że i Roma i Inter AD 2007 dałyby sobie w LM radę z Milanem, choćby nawet zawieszono mu przed głową, niczym osłowi, pęk europejskich marchewek. Z kolei nawet dream team złożony z najlepszych graczy Chelsea, Realu i Barcelony, nie powstrzymałby Milanu w tamten wieczór, 2 maja. Skąd taki dysonans? Inter i Roma już się przekonały o tym, o czym nie wiedzą w Europie. A wszystko przez Seedorfa i Inzaghiego. Radeo |
||||
![]()
|
||||
|
© Copyright 2002-2012 by ACMilan.PL :: Wszelkie prawa zastrzeżone |