22.05.2007
Milanicja Obywatelska: Miej wątpliwość

Cóż za przedziwny czas. Cóż za nieprawdopodobny bieg wydarzeń. Już jutro w finale piłkarskiej Ligi Mistrzów - najważniejszym i najbardziej pasjonującym meczu roku 2007 - wystąpi Milan, drużyna strącona dziesięć miesięcy temu z piłkarskiego piedestału. Zagra zespół, który jeszcze pół roku temu, zdawać się mogło, nie potrafił na ten piedestał powrócić. Zagra z Liverpoolem, swoim katem sprzed dwóch lat, stwarzając sobie tym samym niespodziewanie szybką, ale jednocześnie najlepszą możliwą do wymarzenia okazję do rewanżu. To dla takich chwil całe życie wędrówką, to dla takich chwil całe życie w szaleństwie...

Co to ostatnie zdanie* znaczyć może dla sympatyka Milanu, niech każdy sobie sam dopowie. Jako że jest to serwis poświęcony rossonerim wyłącznie, niech drogi czytelnik pozwoli mi spojrzeć na wyczekiwany ten mecz pod jednym tylko kątem. Analiz na płaszczyznach różnorakich i z punktów widzenia rozmaitych w mediach naszych dostatek. Dlatego daruję sobie rozważania o tym, jaki wpływ na wielki mecz będzie miało przedłużenie kontraktów przez opoki Liverpoolu – Gerrarda i Carraghera, lub co może oznaczać fakt, że Benitez jeszcze nie wie kogo pośle do boju w środowy wieczór, a Ancelotti wprost przeciwnie. Najpierw jednak, jak to pisuje najzabawniejsza polska strona o Juventusie, tak zwane „tło meczu”.

Pośród jak najbardziej słusznych zachwytów nad grą rossonerich po przeszłym już dawno do historii - dosłownie i w przenośni - meczu z Manchesterem, pojawiło się pytanie: gdzie jest Milan? Na chwilę nieaktualne stało się bowiem rzucone onegdaj przez kogoś hasło „Quo vadis Diavolo?”. Bo oto z rozmyślań dokąd zmierza Milan, a raczej czarnych przypuszczeń że to jakieś manowce być mogą, wynikła na razie negacja. Zamiast wieszczonego końca cyklu Ancelottiego, który notabene wydawał się być już dawno zamknięty, otrzymaliśmy głoszoną na około reinkarnację „Meravigliosich”. Lepiej byłoby więc najpierw (i łatwiej chyba) zapytać o punkt, w jakim znalazła się z początkiem maja drużyna dowodzona przez Carlo Ancelottiego.

Czy to piłkarski trup, ożywiony ostatnio w trudny do uchwycenia sposób przez wiadomego nekromantę? Czy to naprawdę drużyna bez przyszłości, którą stałe odgrzewanie starych kotletów (Cafu – przykład najświeższy, Ze Roberto – przykład spodziewany) nieuchronnie doprowadzi do upadku? Czy to rzeczywiście zespół, który czeka zmierzch, jeśli polityka transferowo-kadrowo-kontraktowa nie ulegnie radykalnej poprawie? Czy osiągnięcie finału - na Boga, jeszcze nie wygranego - jest wtedy tylko złudzeniem zacierającym prawdziwy obraz klubu, a postawa zawodników pozytywnym efektem ubocznym wariackich ruchów wokół niego?

A może to wszystko jest jednak owocem cierpliwości osób wierzących w Milan Ancelottiego, rzeczą, która musiała przyjść, bo taki był plan. Czy pierwsza połowa tego sezonu była więc tylko usprawiedliwionym przez wydarzenia poaferowe załamaniem, po którym następuje kontynuacja cyklu Carletto? Cyklu podobno niezłego, pomimo paru dotkliwych klęsk poprzedzielanych gdzieniegdzie chlubnym przecież triumfem? Cyklu ponoć nie byle jakiego, bo choć za wiele nie udało się wygrać, nieustannie było blisko?

Przyznam, że choć ciągle jestem zwolennikiem tej pierwszej wersji oceny sytuacji, to stwierdzić muszę, iż popierana przeze mnie opcja przesłonięta została nieco przez tę drugą. Bo choćbym nie wiem jak głośno krzyczał, że wciąż nie wierzę w przywrócenie za kadencji Carlo Milanu jako drużyny pełną gębą (mimo wszystko obecnie mówi ona półgębkiem tylko), to nie zaprzeczę faktom. A te nakazują przyznać Ancelottiemu jedno: awansem do finału Champions League uratował słabiutki sezon. Ekipa, która we Włoszech pod żadnym względem nie zasłużyła na nic lepszego niż trzecie miejsce, w Pucharze Mistrzów pokazała dojrzałość i swoje słynne „europejskie DNA”, choć długo nic tego nie zapowiadało. Szelma uratował mimowolnie coś jeszcze. Każdy finał byłby okazją do rewanżu za nadal tkwiący jak zadra Stambuł, ale perspektywa zemsty na oprawcy (tak, dla mnie to będzie vendetta!) jest stokroć bardziej ekscytująca.

I właśnie. Ewentualny ateński triumf nie powinien przyćmić tych wszystkich hocków-klocków wyprawianych w klubie, choć zapewne niektórzy wykorzystają go jako listek figowy. Ancelotti i zawodnicy będą cacy, ale do czasu, gdy w nowym sezonie nie wypłyną na wierzch kadrowe tudzież taktyczne dziury, a usprawiedliwienia w postaci pokłosia afery zabraknie. Oczywiście pesymistycznie zakładam, że Dida kompletnie zszarzeje, że często trzeba będzie oglądać żucie gumy przez Cafu (i tylko żucie), że linia pomocy całkiem skostnieje (pomimo Gattuso), a Kaká w razie jakiejkolwiek niedyspozycji Ronaldo nie będzie miał z kim grać. A może się pomylę i władze skwapliwie wykorzystają wszelkie możliwości, jakie przyniesie wygrana? I tym właśnie różnić będzie się ona od mniej (ha!) możliwej klęski. Porażka da tylko gorszy start do nowego, jakże istotnego sezonu, on dopiero pokaże gdzie jest Milan.

Jeśli spodziewałeś się miły czytelniku ochów i achów, lub jakiejś głębszej analizy dotyczącej stricte jutrzejszego pojedynku, mam wrażenie, że się trochę zawiedziesz. Po zapoznanie się z dywagacjami na temat tego, jak on wyglądać będzie, też odsyłam gdzie indziej. Trochę przewrotnie powziąłem na ten felieton taktykę pod tytułem „miej wątpliwość”**. A więc gdy (tak jak ja zresztą) wrzeszczeć będziesz, że wygramy, bo poznajesz to po formie Seedorfa i wściekłych oczach Gattuso; gdy supermotywację znajdziesz w żądzy zemsty za Stambuł; gdy będziesz niemal pewien, że dobrze opracowanego planu Ancelottiego tym razem nie przebije żadna kontrtaktyka Beniteza; gdy po zdobyciu pucharu stwierdzisz, że teraz do tej drużyny świat należy; gdy zaczniesz szastać na lewo i prawo sformułowaniem „Meravigliosi”; gdy już dziś uwierzysz, że Paolo Maldini pomimo odniesienia triumfu nie zawiesi butów na kołku, „przyjacielu, ty bądź uprzejmy mieć wątpliwość”.

Radeo

* Hunter – Pomiędzy niebem a piekłem
** Łona i Webber – Miej wątpliwość


© Copyright 2002-2012 by ACMilan.PL  ::  Wszelkie prawa zastrzeżone