05.06.2007
Milanicja Obywatelska: Carletto i ja

Chwila, w której wybrzmiał gwizdek kończący ateński finał, lub moment wzniesienia pucharu przez Maldiniego były dość wzruszającymi wydarzeniami dla niejednego kibica Milanu. Pierwszy raz coś mnie jednak tknęło dopiero, gdy obejrzałem fragment odbywającej się na San Siro celebracji triumfu. Żaden obrazek nie zapadnie mi w pamięć po tych majowych zdarzeniach tak, jak wzruszony do głębi Carlo Ancelotti, niemal bliski uronienia łzy, łamiącym się głosem składający podziękowania wszystkim, a zwłaszcza wiernym sympatykom rossonerich. To im zadedykował znaną kibicowską przyśpiewkę, którą sam zaintonował. Po chwili śpiewał ją cały stadion.



Carletto zwykł czuć się na San Siro jak ryba w wodzie, ale zapewne nie w roli, w jakiej przyszło mu wystąpić dwa dni po zwycięstwie nad Liverpoolem. Olbrzymie zdenerwowanie (z pewną trudnością wymówił nazwisko Berlusconiego) połączone z nagromadzeniem emocji i szczerymi podziękowaniami – czyż można w lepszy sposób wyrazić wdzięczność fanom, niż tak, jak on to uczynił? – dały mi nową, trochę inną wizję trenera. Trenera i tego słynnego „rodzinnego charakteru” Milanu, który w tym momencie ewidentnie się ujawnił. Pojęcia też z drugiej strony często niestety nadużywanego i wykorzystywanego w nieodpowiedni sposób. Ale wróćmy do Mistera.

Zdarzyło mi się przy okazji któregoś z ligowych spotkań Milanu gdzieś w środku sezonu 2005/2006 uciąć przy szklanicy piwa krótką pogawędkę z pewnym „milanistą z klasą” odnośnie Carlo Ancelottiego. Wtedy uchodziłem jeszcze za żarliwego obrońcę poczynań naszego trenera, którego krytyka nie słabła od czasu Stambułu. Zaskoczyłem sam siebie, gdy podzieliłem się ze swoim rozmówcą stwierdzeniem, że nie sądzę, abyśmy pod wodzą Carletto zdołali osiągnąć sukces w Europie. Nauczony doświadczeniami z La Corunii i Stambułu nie wierzyłem, czy będzie w stanie tchnąć jakiegokolwiek ducha w drużynę, aby znów zdołała wspiąć się na szczyt. Wliczając w to sporą wtedy stratę w lidze do Juventusu i powszechne opinie o rychłym końcu kadencji szkoleniowca rossonerich, założyłem, że lepiej będzie wymienić trenera już w przerwie zimowej, aby utrzymać szanse na uratowanie twarzy w sezonie bieżącym i rozpocząć budowanie ekipy na następne rozgrywki. Najzabawniejsze w tej historii jest nazwisko proponowanego wtedy przeze mnie następcy Ancelottiego, ale ujawniając je i widząc gdzie jest dziś on, a gdzie Carlo, naraziłbym się na małą kompromitację.

Przejrzałem swoje stare teksty (nie było łatwo przebrnąć się przez tę kupę grafomanii wymieszanej z płytkością przekazu) i pierwsza poważniejsza wzmianka o Carletto pojawia się właśnie w tamtym czasie. Sprowadzała się generalnie do pragnienia, aby pod jego wodzą ekipa pokazała w końcu charakter, zrewanżowała wiosną za nienajlepszą ligową jesień, a w Champions League zmyła plamy na honorze z lat poprzednich. Wspomniałem także o życzeniu udanych eksperymentów ze składem i dobrym wykorzystaniu umiejętności poszczególnych graczy, a wreszcie o odejściu ze stanowiska zrehabilitowanego w ten sposób Ancelottiego. Ba, wieszczyłem mu nawet pracę w Realu Madryt!

Wszystkie te postulaty (poza ostatnim) zostały spełnione z rocznym opóźnieniem, w zakończonym właśnie sezonie. Nie byłem jednak wtenczas świadomy tego, iż w przypadku realizacji tych wszystkich żądań nie ma szans na wykonanie ostatniego. Dopiero z czasem dało się przejrzeć przychylny ponad miarę stosunek decydentów do trenera i wiązany z nim długofalowy plan.

Z kolei na starcie zakończonego właśnie sezonu (gdy w pierwszych sześciu meczach rossoneri zdobyli komplet punktów!) chwaliłem rotację stosowaną przez Carlo i nie wykluczyłem faktu, że może udowodni mi w końcu brak racji w jego ocenie. Potem, gdy nastąpił długi spadek formy i gdy podzieliłem winę po równo na czynniki niezależne (brak przygotowań do sezonu, kontuzje, niskie morale po odebraniu punktów) i zależne (złe transfery, postawa trenera), całkowicie w to zwątpiłem. Najgorszy futbol za kadencji Ancelottiego przyprawił mnie o nerwicę i fobie, leczone powoli przez mecze z Bayernem, Manchesterem i Liverpoolem.

Nie tylko mnie zresztą. Włoska prasa typowała już następców (Lippi, Spalletti), a Carlo miał podobno odchodzić z klubu w wypadku porażki z Celtikiem. Niespodziewane – wiem, że są tacy, którzy się spodziewali – przełamanie Milanu, zakończone sukcesem w Lidze Mistrzów, nie pozostawia wyboru. Nie dowiemy się nigdy, czy - w przypadku niepowodzenia w europejskich pucharach - i tym razem Berlusco wykazałby się anielską cierpliwością i dał kolejną szansę przyprószonemu coraz większą siwizną trenerowi. Swoją drogą, połączone z podwyżką przedłużenie kontraktu o kolejne dwa lata nie jest niczym innym, jak czymś w rodzaju nagrody. Bo wiadomo, że współpraca zakończy się, gdy tylko któraś ze stron wyrazi chęć. Kto wie, czy reprezentacja będzie czekać na Carlo do 2010 roku.

Zatem i Silvio, i prasa, i fani muszą dać mu kolejną szansę, na którą sobie zapracował. Porównując to do skali liczbowej – dla mnie wskazówka Ancelottiego wróciła z położenia ujemnego w okolice stanu zerowego. Tyle, że teraz sytuacja różni się od tej z jesieni 2001 roku podziałką, po jakiej wskaźnik kroczy. Zjazd w dół będzie zabójczo szybki, jeśli okaże się, że – i to proszę podkreślić wężykiem – mecz z Manchesterem był blefem, pojedynczym wyskokiem.

Dlatego z olbrzymią ciekawością oczekuję wzmocnień, nowych, potrzebnych twarzy, które do boju o trofea poprowadzi Carletto. Z nimi, z odpowiednim przygotowaniem do sezonu oraz bez bagażu punktowego będzie mógł bez wymówek pokazać klasę. Uprzedzam komentarze malkontentów - ja nie oczekuję zwycięstw w każdych rozgrywkach i w każdym meczu, wystarczy, by Milan nie podchodził do nich z wyciągniętym na dłoni handicapem dla przeciwnika.

Ancelotti niemal płakał, bo sukces urodził się w wielkich bólach, a – jak sam powiedział – niewielu w niego wierzyło. Pisałem, że swego czasu wątpiłem, iż w Europie wygramy coś pod jego wodzą. O ironio, w takim sezonie mogliśmy wygrać chyba tylko pod jego batutą. Gdy nie trzeba było kombinować i komponować, a wystarczyło trzykrotnie wycisnąć z zawodników to, co najlepsze. To właśnie ta pasja i rodzinność zdały egzamin. To dlatego mało brakowało, by Carletto uronił łzę. W następnychch rozgrywkach może nie być już tak kolorowo. Ba, nowy sezon będzie miał zupełnie inną charakterystykę. Teraz z kolei czas na któryś już egzamin z kreatywności trenera. Ale chłop dobrze zaczął, o transferach wypowiada się w tonie decydującym, nie – jak kiedyś – lekceważącym.

Radeo



© Copyright 2002-2012 by ACMilan.PL  ::  Wszelkie prawa zastrzeżone