Ja, Ibra - zamów przed premierą!
 


 

28.05.2004
Książe z innej? bajki!

Dawno temu, za górami, za lasami. Żył sobie pewien bogaty Książe w swym wielkim zamku. Miał on sporą drużynę rycerzy, która po całej Italii jeździła lecz na turniejach rycerskich nie wygrywała. Któregoś dnia Książe rzekł: - Uczyńmy naszą kompanię jeszcze wspanialszą. Niech wygrywa nie tylko w cudnej krainie, ojczyźnie naszej, ale i poza jej granicami. Niech gród nasz sławi i barwy nasze wszechobecnymi uczyni.

Słowo się rzekło i przybyli: Roberto Donadoni - magiczny, zawsze do przodu nacierający, z grodu Atalantia pochodzący. Giovanni Galli z przesławnego Fiorentinum zdążający, wraz z nikim innym jak samym Daniele Massaro spieszący - znanym z doskonałej skuteczności pod wrotami grodów obcych zresztą.

Jednak to było mało. Do zwycięstw potrzebni byli kolejni konstruktorzy. Przede wszystkim nieposkromieni niczym obecni matadorzy. Krótko pisząc - znakomite zaplecze wojownicze jak Carlo Ancelotti, ale także przynajmniej dwóch przybyszy z Niderlandii, którzy wprowadziliby zagraniczne sztuki walki - Ruud Gullit i Marco van Basten brzmiały ich imiona.

Efekt? Nie trzeba czekać było długo. W 1988 roku Milanium zdobył pierwsze trofeum - mistrza Italii. By jego obronę łatwiejszą uczynić i zagranicą skuteczniej błędy nie czynić, ściągnięto Franka Rijkaarda, chwilowo w Saragossie bawiącego. To już był strzał nader trafny. Ten, kto historię cenić umie, musi pamiętać piękno, poezję walki tego magika. Stosował bowiem iście magiczne metody na przeciwnika.

Co z tego miała drużyna, nie trzeba wymieniać, bo lata następne miały cennymi zdobyczami się opromieniać. Milanium więc i na tym jednym sztukmistrzu nie poprzestało. Zjechali się na całą Italię sławni: Marco Simone, znad jeziora pięknego - Como zwanego, Stefano Eranio i Gianluigi Lentini, którym niemały mieszek należało wypłacić - ale tak to już jest, że trzeba i czasem coś stracić. Żeby zyskać!

- Brylant nad brylanty szpadą władający i strzelec wyśmienity celnością zachwycający - zawołał Książe. I naraz pojawili się: Zvonimir Boban i Jean-Pierre Papin. A zaraz za nimi niejaki Geniusz… strategii oczywiście, Dejan Savicević z Bałkańskich rodów pochodzący.

Zwycięstwa pełną miarą się już wtedy sypały, a cały świat nienawiścią i zazdrością napełniały. A oni do przodu parli i coraz więcej po swojemu urządzali. I nader taktykę swoich walk zmieniali. Ale to nie dziwne, bo i rycerze z czasem się uzupełniali: Marcel Desailly i Christian Panucci, Roberto Baggio i George Weah, Edgar Davids i Leonardo, Oliver Bierhoff.

Lecz oto nagle coś się zacięło. Coś zgrzytać poczęło. I nawet On nic uczynić nie potrafił. I nawet On nic pomóc nie raczył. Choć swoje próbował, tylko słabsze karty wmocował. Ale warto było, bo wszystko dobrze się skończyło: Gennaro Gattuso i Jose Mari, Serginho i Andrij Szewczenko, Roque Junior i Filippo Inzaghi, Manuel Rui Costa - tak zaciąg się nazywał.

I jeśli skład ten jeszcze nie wygrywał, to tylko dlatego, że czekał. Na: Alessandro Nestę i Clarence'a Seedorfa, Rivaldo i Andreę Pirlo, Cafu i Giuseppe Pancaro. Na wielkiego i magicznego Kakę w końcu, choć na pewno nie na końcu. Pamiętacie? Imiona poznajecie?

To teraz już wiecie, czemu: Vikash Dhorasoo i Jaap Stam. I wszystko inne wybaczyć musicie i cierpliwie skarg nie wnosicie. Już.

Kto ma uszy niechaj słucha, kto ma oczy niechaj czyta. Niech liczy i zliczy, myśli i przemyśli. Ilu rycerzy i ile zwycięstw? Jakie nazwiska i jaki efekt. Niech usiądzie i jednej wątpliwości się pozbędzie - ktokolwiek przybędzie, Milan wygrywać nadal będzie!!!

Marcin Lepa



© Copyright 2002-2012 by ACMilan.PL  ::  Wszelkie prawa zastrzeżone