22.05.2009
Jakie to szczęście!

16 maja 2009 roku Milan przegrał na Stadio Friuli 1:2 i tym samym przypieczętował zdobycie przez Inter Scudetto 2009. Jest to rzecz zachwycająca (przy czym zachwyciła bynajmniej nie wszystkich). Co więcej, jest brzemienna w skutki i odczują je jak najbardziej wszyscy.

Niektórzy zresztą już mieli ku temu okazję. Na przykład prezes czarno-niebieskich doświadczył pełnego skromności zażenowania. „Zdobycie mistrzostwa w dniu urodzin, to trochę przesadzony prezent - powiedział. - Myślałem, że zapewnimy sobie tytuł dzień później”. Po chwili, już jak przystało na człowieka sukcesu w dniu sukcesu, zapewnił: „Jestem niesamowicie szczęśliwy”. Przyjemnie to słyszeć, bo przy zjeżdżających uparcie w dół wykresach zysków za kolejne kwartały niewielu przedsiębiorców odczuwa choćby komfort, o szczęściu nie wspominając. Massimo Morattiemu było to jednak dane, dodatkowo w dniu urodzin! Gdyby nie Milan, święto mogłoby być wyblakłe.

Luisowi Figo świat wywrócił się do góry nogami. Portugalczyk grał w dwóch najsławniejszych klubach z Hiszpanii, zdobył w karierze siedem innych tytułów mistrzowskich, wystąpił w kadrze narodowej 127 razy, pozował do zdjęć ze Złotą Piłką w 2000 roku… Mimo to w ostatnią sobotę robiąc wielkie oczy powiedział: „Pierwszy raz zostałem mistrzem bez grania”. Szok był na tyle wielki, że piłkarz postanowił w ogóle więcej nie zagrać: „To najlepszy sposób na zakończenie kariery” – wyjaśnił. (Co prawda niepewne jest, czy gdyby Milan wygrał mecz decyzja portugalskiego „Numeru 7” byłaby inna. W każdym razie zaistniałe okoliczności pozwoliły odejść z dorobioną specjalnie ideologią. To w życiu ważne).

Mniej być może gruntowną, ale zauważalną odmianę przeżył w sobotni wieczór kolejny obywatel Iberii, Jose Mourinho. Dla niego to piąty triumf ligowy, ale po dziesięciomiesięcznej przerwie w pracy wielu ekspertów zastanawiało się, czy magia szkoleniowca – cudotwórcy nie wygasła i czy będzie on w stanie nadal wygrywać. Zwłaszcza, że z Londynu odchodził w atmosferze porażki. Tymczasem Jose Mario znów „coś” zdobył, to pozwoli mu nadal nie mieć wątpliwości w kwestii własnego geniuszu. Co by nie mówić, znowu jest Special One, nawet jeśli w Anglii zostałby najwyżej The Special Second, bo Alex Ferguson rozjeżdża tam wszystkich bezlitośnie i wcale nie zamierza przestać. Tylko że to nieważne. Jest mistrzem? Jest. Koniec, kropka. Gwoli sprawiedliwości – znacznie więcej zawdzięcza przy tym sobie, niż Rossonerim.

Dysonans wywołuje jedynie zdanie Carlo Ancelottiego, który oznajmił: „Losy tytułu nie rozstrzygnęły się teraz, ale dużo wcześniej. Sądzę, że w przeciągu całego sezonu Inter był tym zespołem, który grał z największą regularnością”. Po co ta dyplomacja? W obozie Interu zaraz po naszym spotkaniu wybuchły salwy radości, satysfakcji lub łechcącego oszołomienia. Granatowa część Mediolanu zapewne powtarza do tej pory w ekstazie: jakie to szczęście, jakie to szczęście, jakie to… Niech wiedzą, że otrzymali je dzięki AC Milan!

Ale paradoksalnie wpadka w Udine znacznie większą wagę może mieć dla nas, również przysporzyć nam dużo szczęścia w następnych latach. Do momentu zainkasowania dwóch goli od ósmego zespołu bieżącego sezonu istniała szansa przegonienia lokalnego rywala. Gdyby piłkarze tego dokonali, zarząd miałby osiemnasty tytuł w gablotce i argument, że przecież wszystko się dobrze skończyło - czyli sezon był świetny. A skoro tak, to bez sensu kupować bramkarza, nie należy odmłodzić składu. I w zasadzie Ronaldinho i Shevchence też nie trzeba pomagać w odzyskaniu formy, bo wygrywamy. Otóż trzeba, o ile chcielibyśmy odpadać z Champions League, a nie z Ligi Europejskiej, po dwumeczu z FC Barceloną zamiast Bremeńczyków. Dobrze się składa, że krajowy średniak wszystkim nam o tym przypomniał.

Jan Podniesiński



© Copyright 2002-2012 by ACMilan.PL  ::  Wszelkie prawa zastrzeżone