5.11.2008
Z dna na sam szczyt

Nie dalej jak półtora miesiąca temu ukazał się na naszych łamach tekst o Milanie sięgającym dna. Jakże niedorzeczne wydają się z dzisiejszej perspektywy tezy stawiane wtedy przez nAzGuLa22 o tym, jak to Milan niewłaściwie buduje swoją kadrę, czy o trenerze, który nie potrafi wykorzystać jej potencjału. Trzeba jednak przyznać, że były wtedy pewne podstawy do tego, aby obwieścić kryzys. Niektórzy posuwali się jeszcze dalej – domagali się natychmiastowego zwolnienia trenera. Czy teraz, kiedy Milan przewodzi ligowej tabeli, będą oni w stanie przyznać się do błędu, czy odwrócą kota ogonem lub będą czekać na potknięcia rossonerich, aby móc z satysfakcją powiedzieć: „a nie mówiłem”?

Spokój

Być może była to tylko „dobra mina do złej gry”, ale twarz Carletto nigdy nawet nie zadrgała, kiedy po kolejnych porażkach w przedsezonowych sparingach mówił na konferencjach prasowych, że potrzeba tylko trochę czasu i zgrania, aby zespół powrócił na właściwy tor. Sparingi rządzą się oczywiście swoimi prawami, jednak także rozpoczęcie sezonu Serie A nie przyniosło oczekiwanej zmiany oblicza drużyny. O ile pierwszą w tym sezonie porażkę z Bologną można było jeszcze uznać za pechową i niesprawiedliwą, to ta z Genoą była już jak najbardziej zasłużona. I wtedy na Ancelottiego posypały się gromy – on jednak jak mantrę powtarzał: „spokojnie, wszystko wróci do normy”.

Przełom

Europa. Wielu naśmiewało się z Adriano Gallianiego, kiedy mówił o europejskim DNA zespołu, który jednocześnie nie potrafił wygrywać z ligowymi przeciętniakami, czym pozbawił się możliwości wstępu  na piłkarskie salony Ligi Mistrzów. Coś jednak w tym musi być, skoro nawet europejska druga liga potrafiła obudzić w zespole chęć do walki i radość z gry. To właśnie w swoim pierwszym w tym sezonie starciu w europejskich pucharach, z FC Zurich w nieodległej Szwajcarii, Milan odnalazł swój utracony charakter i to nieważne, że przeciwnik nie był zbyt wymagający – zespół nareszcie zagrał ładnie i skutecznie. Potem było coraz  lepiej: efektowne zwycięstwo z przewodzącym wówczas tabeli Lazio, skuteczne wypunktowanie niewygodnej Regginy i w końcu…

Derby

Po tym spotkaniu wszyscy sceptycy musieli już przyjąć do wiadomości, że „główny cel – scudetto”, to nie puste słowa, rzucane mediom na uciechę, ale świadomy i, co ważniejsze, realny cel, wytyczony przez czerwono-czarnych w tym sezonie. Zwycięstwo nad rywalem zza miedzy to prestiż, ale także potężny zastrzyk pewności siebie i wiary we własne możliwości – zwłaszcza, że o losach meczu przesądziły indywidualne umiejętności dwóch brazylijskich fantasistów: Kaki, uważanego już przez niektórych za wypalonego, oraz dawno spisanego przez wszystkich na straty Ronaldinho. Na uwagę zasługuje zwłaszcza ten drugi: skoro ledwo słaniając się na nogach w końcówkach spotkań, ze względu na zaległości w przygotowaniu kondycyjnym, potrafi przesądzać o losach meczów, to czego można się po nim spodziewać w rundzie rewanżowej, na który to okres Daniele Tognaccini zapowiada jego powrót do optymalnej formy?

Rotacja

Carlo Ancelotti nareszcie ma do dyspozycji szeroki wachlarz rozwiązań personalnych – nawet zdziesiątkowana kontuzjami obrona, bez Nesty, Kaladze i Senderosa, radzi sobie nadspodziewanie dobrze: w ostatnich ośmiu meczach Serie A defensywa Milanu dała sobie wbić zaledwie trzy bramki. Ogromna w tym zasługa Christiana Abbiatiego, który jest już niekwestionowanym numerem jeden między słupkami. Ale także zawodnicy z pola stanęli na wysokości zadania: dobre zmiany w środku defensywy dali Bonera i wyśmiewany przez niektórych (z zupełnie dla mnie niezrozumiałych względów) Favalli. Na skrzydłach z kolei świetnie do drużyny wprowadził się Antonini, a do optymalnej dyspozycji po kontuzji zdaje się powracać Jankulovski.

Pozbawiona kontuzjowanego Pirlo pomoc również ma się nie najgorzej: rolę rozgrywającego z dobrym skutkiem przejął Seedorf, a gdy ten zapuszcza się bardziej do przodu, rozegrać potrafi nawet Gattuso, który nie widząc blisko siebie kolegi z reprezentacji, wyżej podnosi głowę i potrafi zagrywać naprawdę ładne piłki. Do formy wraca również Emerson, przyzwoity poziom utrzymuje Flamini, zawsze można też liczyć na dobrą grę Ambrosiniego – Carlo wreszcie ma możliwości manewru.

Linia napadu to już niemalże problem bogactwa: powracający Shevchenko będzie chyba coraz częściej oglądał kolegów z trybun, jego dalsze losy po rocznym wypożyczeniu są bowiem wciąż w rękach Chelsea i klub chyba nie ma interesu w tym, aby doprowadzić go do wysokiej formy już teraz. Ancelotti przeprosił się na dobre z Borriello i to zapewne na niego będzie najczęściej stawiał. Wyżej w hierarchii od Ukraińca jest jeszcze Inzaghi, w którego przypadku zawsze można liczyć na to jego niepowtarzalne „coś”. Z kolei Pato, mimo tego, iż brak ciągłości w grze wyraźnie mu nie służy, będzie zapewne pierwszy w kolejce do pozycji cofniętego napastnika przy zastosowaniu taktyki z jednym tylko trequartistą. Ta pozycja natomiast, to Kaká, Ronaldinho i w razie potrzeby Seedorf – czy trzeba dodawać coś więcej?

Droga
na szczyt

Po zwycięstwie nad Interem wszyscy spodziewali się dołka formy – przewodził w tym Adriano Galliani, mówiąc, że Cagliari obawia się nawet bardziej niż nerazzurich. I dołek przyszedł – bezbramkowy remis to jednak i tak niewielki wymiar kary za chwilową zadyszkę. Sceptycy mieli się już jednak do czego przyczepić – a że dwa dni później Milan przegrał towarzyskie spotkanie z nikomu nieznaną drużyną z Albanii, zaczęto wieszczyć kolejny kryzys. Nic takiego jednak nie nastąpiło, wręcz odwrotnie: po tym meczu nastąpiła seria ligowych zwycięstw – ładnych, czy brzydkich, zasłużonych, czy szczęśliwych – nieważne. Ważne, że w pokonanym polu pozostały Sampdoria, Atalanta, Siena i już trzeci zdetronizowany przez Milan lider – Napoli. Zwycięstwa te pozwoliły rossonerim po raz pierwszy od ponad czterech lat uplasować się na najwyższej pozycji w ligowej tabeli. To dla nas czas radości – cieszmy się zatem, oby jak najdłużej.

czado81

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 



© Copyright 2002-2012 by ACMilan.PL  ::  Wszelkie prawa zastrzeżone