![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
|
Il Foglio, 23.03.2005 |
|||
![]() |
||||
|
Van Basten, goleador bez spadkobierców stał się trenerem, łamiąc dane słowo.
Wystarczyło mu 12 sekund, by się pożegnać. "Wiadomość jest krótka. Po prostu postanowiłem porzucić zawód piłkarza. Dziękuję wszystkim." Powiedział tak 17. sierpnia 1995, dziesięć lat temu, kiedy oficjalnie odszedł ze świata piłki. Dwanaście sekund. Szesnaście słów. Wystarczający czas, bo było oczywiste, że Marco Van Basten nie będzie miał spadkobierców. Dziś, kiedy z trenerskiej ławki Holandii będzie oglądał poruszającego się po boisku Ruuda Van Nistelrooya, usłyszy pewnie, jak ktoś doszukiwać się w nim będzie jego następcy. Nie odezwie się, wiedząc, że to nieprawda. Po prostu futbol zawsze potrzebuje porównań, nawet jeśli doskonale wie, że drugiego takiego jak on już nie będzie. Może urodzić się kolejny Maradona, ale nie będziemy mieli nowego Van Bastena. I dobrze, bo skoro miało się oryginał, skoro się go widziało i się nim rozkoszowało, to kto chciałby mieć jakąś wytartą podróbkę, która będzie go naśladować, ale nigdy nie zdoła mu dorównać? Piłka w lustrze Próbowało wielu. Zbyt wielu. Lepiej byłoby, gdyby sobie odpuścili. Gdyby poszli własną ścieżką. Bez szukania sposobów na naśladowanie go. Bez prób poruszania się tak jak on. Bez wyobrażania sobie, że kiedyś doczekają się piłki, która spadnie z nieba, którą opanują lewą nogą, poprowadzą przyklejoną do stopy, przełożą na prawą pomiędzy trzema rywalami, a następnie umieszczą w jedynym wolnym miejscu - w uchu od igły, do którego piłka może wpaść tylko wtedy, gdy jest magiczna. Może ktoś kiedyś zrobi to po swojemu, ale nigdy nie będzie to ten gol na 4:4 w meczu z Pescarą. Drugi z jego trzech w owym spotkaniu. Być może któregoś dnia inny chłopak uderzy z woleja prawą nogą niemal straconą piłkę, sprawiając, że będzie to jedna z najpiękniejszych rzeczy kiedykolwiek widzianych na boisku piłkarskim. Może będzie to nawet w finale Mistrzostw Europy, a przed nim będzie stał taki bramkarski monument, jakim tego 25. czerwca 1988 roku był Rinat Dasajev. Może się zdarzyć, ale to już nie będzie to samo. Nie będzie tej samej fascynacji, nigdy nie będzie to tak naturalne i bezwzględne. Bo perfekcja piłkarskich ruchów jest rzadka i już przeminęła. Zatrzymała się wraz z chrząstką w kostce tego chłopca, który ostatecznie powiedział 'stop' w wieku prawie 31 lat, ale w rzeczywistości zakończył grę, mając trochę ponad 28 lat, 23. maja 1993. Ostatni mecz. Marco Van Basten zamknął epokę, która należała tylko i wyłącznie do niego. Bo on nie był tylko piłkarzem. Był lustrem: piłka nożna przeglądała się w nim i widziała swe piękno. Mogła być elegancka i wykwintna, wyniosła i wykształcona, uprzejma i szlachetna. Poprzez jego ruchy piłka nożna mogła się poczuć tenisem i szermierką, gdzie liczy się technika i mózg; gdzie uderzenie jest zwycięskie tylko wówczas, gdy nie jest nonszalanckie; gdzie przed akcją musisz wymyślić rozwiązanie, które da ci punkt. I spośród wielu możliwości wybierasz tę opcję, która w danej chwili jest najskuteczniejsza i tak pełna wdzięku, że zmusza innych do przyznania, że jeśli jest ktoś lepszy od nich, to właśnie mają go przed sobą. Indywidualista w grze zespołu Bo Van Basten był indywidualistą w grze zespołu. Nie takim, który przedrybluje siedmiu rywali i będzie biegł sam na bramkę. Nie takim, który jest tak zakochany w piłce, że aż irytuje swoich kolegów z zespołu. Nie egoistą. Był kimś, kto zamierzał grać w piłkę razem ze zdolnościami każdego: ty bronisz, ty konstruujesz, ja strzelam. I każdy to robi na swój sposób. On używał estetyki. I właśnie dlatego nigdy nie zrozumiał się do końca z Arrigo Sacchim, który chciał numery na miejsce ludzi. A potem, gdy już było za późno, okazało się, że bez ludzi numery nie znaczą wiele. Do Mediolanu przybył po tym, jak rozgrzał kibicowskie serce Silvio Berlusconiego. Mówi się, że szperacze Milanu przynieśli prezydentowi kasetę video: po 30 sekundach, po powtórce gola strzelonego przewrotką, zapragnął go kupić z holenderskiego rynku, skąd przybyli też Ruud Gullit i Frank Rijkaard. Pierwszy raz spotkał się z Berlusconim w nocy z 19. na 20. listopada 1986 roku w Hotelu Amstel w Amstedamie. Dopiero co skończył się mecz Holandia - Polska, a działacze Milanu zorganizowali kolację z Marco i Ruudem. Przy blasku świec. Siedem operacji i 309 goli Przejście Van Bastena z Ajaxu kosztowało 1,75 miliarda lirów: to był najbardziej ekonomiczny z transferów początków ery Berlusconiego. Spotkał tu Sacchiego, ale nie znali się wcześniej. Dlatego się nie pokochali. Oto dlaczego podążał z kolei za Johannem Cruyffem, swym mentorem, którego piękno gry przyciągnęło go najpierw na stadion, a potem uczyniło jego pupilem. On dzięki Bogu pozostawił mu zadanie, którego sam nie potrafił wykonać: wygrać futbolem totalnym - tym systemem, który w roku 1974, a potem w 1978 poległ na krok od tryumfu. Ponieważ piłkarz, który dziś nie ma spadkobierców, sam otrzymał dziedzictwo i sprawił, że wydało owoce. Tak zaczęła się historia Marcela Van Bastena, który stał się Marco tylko dlatego, że babcia nie była w stanie wymówić prawdziwego imienia. Zaczęła się z tym bagażem na plecach, danym mu przez Cruyffa, gdy miał 17 lat. Był 3. kwietnia 1982 roku. Johann zarządził zmianę w Ajaxie, który grał u siebie z Nijmegen. Wskazał na chłopca, który wszedł i po kilku minutach strzelił pierwszego gola. Pierwszego z 218, jakie zdobył w ligowych meczach w Holandii i we Włoszech w 280 meczach, jakie rozegrał w czasie 12 sezonów. Pierwszy z wszystkich 309, jakie strzelił, wliczając europejskie puchary i reprezentację. Jedyne liczby, jakie liczą się w karierze Van Bastena to właśnie te oraz liczba operacji chirurgicznych (siedem), dni pełnych nadziei na powrót do zdrowia i miesięcy cierpienia. Ból: całe życie Marco Van Bastena było niszczącym dziełem przerażającego geniuszu, jakby to powiedział Dave Eggers. Dowody pojawiły się szybko, jeszcze zanim ktokolwiek mógł to sobie wyobrazić, zanim radiografie wykazały, że kostka nie ma już szans na powrót do sprawności. Ból stanowił część egzystencji Van Bastena w stopniu większym niż jakiegokolwiek jego kolegi: bardziej niż Roberto Baggio, który cztery razy operował kolano, bardziej niż Alessandro Del Piero, któremu wystarczyła jedna kontuzja, bardziej niż kogokolwiek. Marco rozpoczął walkę ze swoim ciałem jeszcze jako Marcel: w wieku 12 lat, krótko po tym, jak został wybrany przez trenerów młodzieżówki Ajaxu. Syndrom Pfeiffera - orzekli lekarze - choroba, która dopada nastolatków, kiedy są przemęczeni. Musiał odpoczywać przez 3 miesiące. W pierwszych 30 dniach nie był nawet w stanie wstać z łóżka, by pójść do łazienki. W wieku 14 lat kolejny kłopot: rósł szybko, 15 centymetrów rocznie. Zawsze bolały go pachwiny. Kolejna konsultacja medyczna: mięśnie nóg zbytnio się wydłużyły, zmniejszając się przy tym. Radzili mu rzucić piłkę, powiedzieli, że jeśli tego nie zrobi, to ryzykuje, że skończy na wózku inwalidzkim w wieku 20 lat. Zatrzymało go to na krótko. I znów zaczął grać. Między siatkówką a fortepianem Tu mogła się skończyć historia Van Bastena piłkarza. On jest jednym z tych, którzy daliby sobie radę. Gdyby nie grał w piłkę nożna, to pokazałby się z innej strony. Mógłby być środkowym lub bocznym w siatkówce, bo w liceum nauczyciel wychowania fizycznego powiedział mu: "Masz słuszny wzrost, mogę wypróbować cię w prawdziwym zespole." Albo muzykiem. Grał na fortepianie: "Zawsze podobała mi się muzyka klasyczna. Od dziecka uczęszczałem na lekcje gry na fortepianie. Matka ją uwielbiała. Teraz, jako dorosły, odnalazłem muzykę i kiedy ją słyszę, to przechodzą mnie dreszcze. Wydaje mi się, że otwierają się nowe przestrzenie, tak jakby była to nieskazitelna i czysta rozmowa między tymi dźwiękami i człowiekiem." Van Basten nie został pianistą przez futbol, bo pewnego dnia podczas lekcji gry na fortepianie był włączony telewizor i pokazywano mecz, a Marcel za bardzo się rozpraszał. Nauczyciel zamknął książki, partytury i klawiaturę: "Panie Joop, pański syn mnie nie słucha, nie przyjdę już." To był jedyny moment, w których Van Basten zawiódł swoją mamę Lenie. Tę samą, która w 1984, kiedy Marco wygrał Srebrnego Buta jako drugi najskuteczniejszy strzelec Europy, zorganizowała przyjęcie w domu, w pokoju, który potem stał się prywatnym muzeum rodzinnym. Kobieta poleciła mężowi, by zrobił srebrną butelkę dla drugiego z synów. Ten sam metal, by nikt nie poczuł się odtrącony. Stało się coś innego: "W piciu piwa Stan jest mistrzem." Drugi syn, Stan, a raczej Stanley, nazwany tak dlatego, że Joop - były piłkarz - chciał, by pierworodny również stał się piłkarzem i stąd imię Matthewsa, pierwszego w historii zdobywcy Złotej Piłki. Miało przynieść szczęście. Jednak fenomen przybył później, 31. października 1964 roku w Utrechcie, pod znakiem skorpiona. Przybył i zdobył wszystko: tę Złotą Piłkę Sir Stanleya wygrał trzy razy, a do domu przyniósł również 3 Mistrzostwa Holandii, 3 Puchary Holandii, Puchar Zdobywców Pucharów, potem 3 Mistrzostwa Włoch, 2 Superpuchary Włoch, 2 Puchary Interkontynentalne, 2 Superpuchary Europy i Mistrzostwo Europy z reprezentacją narodową. Szczęście było tylko przerwą pomiędzy jednym bólem a kolejnym. Lewa kostka ujawniła się w jego życiu w roku 1986, gdy miał 22 lata. Starł się z Olde Riekerinkiem z Groeningen: "To był początek moich problemów, ale nie przyczyna. Kiedy mnie odwiedzono po tej kontuzji, zorientowano się, że było coś dziwnego z omijaniem urazów. Operowano mnie po raz pierwszy. Dziś jest tylko jedna rzecz, której bym nie zrobił, gdybym mógł to wszystko powtórzyć. Nie pozwoliłbym tak często otwierać mojej nogi." To był defekt wrodzony, naturalny, jedna z tych rzeczy, o których nie dowiedziałbyś się wiodąc normalne życie, ale gdy używasz nóg, by pracować i zadziwiać świat, to jesteś skazany. To przeznaczenie zatrzymało Marco, a nie brutalny obrońca. Takich by pokonał, ominął i zmusił, aby patrzyli, jak z gracją baletmistrza porusza się przy perfekcyjnej muzyce. Bo Van Basten miał pod względem sportowym najbliżej do Rudolfa Nureyeva. Nie był to taniec brzucha, który zaimprowizował przy fetowaniu gola. Ten zaczął robić właśnie po to, by zakpić z obrońcy, który wiedział o chorej nodze i uderzał coraz mocniej. To był Pasquale Bruno. Został ukarany golem samobójczym, a Marco Van Basten wyszedł mu naprzeciw ze swoją zemstą: uderzasz, próbujesz mnie wyeliminować z gry, oto cały ty. I pląsał przez parę sekund sprowadzając rywala na ziemię, zupełnie jakby użył pięści. Nie, prawdziwym tańcem Marco Van Bastena było poruszanie się na boisku. Ruchy te były jeszcze piękniejsze, bo ktoś mający prawie 190cm wzrostu, falujący powabnie między rywalami, sprawiał, że otwierałeś usta z podziwem. Estetyka połączona z efektem Zakochało się w nim wielu. Zakochał się Andrea Scanzi, który napisał "Śpiew Łabędzia", nietypową biografię, hymn na cześć piękna jego ruchów. Zakochał się przede wszystkim Carmelo Bene: "Van Basten w każdym meczu zdawał się być nadzwyczajny (...). Był tym, który bardziej się bawił niż grał. W tym znaczeniu, że - instynktownie - mówił nagle: kiedy jest się tutaj, to się strzela z prawej, a jak się jest tam, to się strzela z lewej." Perfekcja. Marco był określany przez niektórych przydomkiem Komputer, a potem Basic, bo jego gra zawsze była połączeniem mechaniki i uderzenia. Nie tego improwizowanego, lecz tego właściwego. Zupełnie jak na Santiago Bernabeu w meczu Pucharu Mistrzów z Realem Madryt. Mauro Tassotti dośrodkował w okolice linii pola karnego, piłka opadała już dość nisko. Normalny napastnik spróbowałby opanować ją, wygrać pojedynek z obrońcą i strzelić na bramkę. Van Basten zanurkował do główki, między źdźbła trawy, uderzył od dołu w górę. Piłka musnęła poprzeczkę i odbiła się od pleców Francisco Buyo. Wpadła. Oto Basic, oto Komputer. Ten, który w kilka sekund wykonuje operację: jeśli zrobię to, czego oczekują, to mnie oszukają, ale jeśli ich zaskoczę, to ja ich oszukam. Prosty rachunek. Jak przewrotka z Goeteborgiem, ostatnie trafienie w europejskich pucharach, na San Siro: estetyka połączona z efektem. Cud. Nikt nie mógł burzyć zamysłu Kiedy był na boisku, nikt nie mógł pozwolić sobie na burzenie jego zamysłu. Nawet sędzia. W ten sposób w 1990 w Weronie upolował go Rosario Lo Bello. Odgwizdano jego faul, niesłusznie jego zdaniem: odwrócił się plecami do sędziego, zdjął koszulkę i poszedł. Nigdy nie szukał wymówek na usprawiedliwienie tego gestu: "Mieliśmy problemy z sędzią, byliśmy zdenerwowani. W końcu nie zgodziłem się z nim po raz enty i zdjąłem koszulkę." Żadnych wymówek również wtedy, gdy oskarżali go o rasizm. To był pierwszy sezon, w którym pojawiły się napisy atakujące ciemnoskórych piłkarzy. Ruud Gullit wypowiedział się w imieniu graczy: "W takich przypadkach trzeba przerywać mecze. To hańba!" Więc spytano Marco o jego opinię, a on odpowiedział przeciwnie: "Nie, nie trzeba niczego przerywać." Przyszła fala krytyki, padły obelgi: klasyczny refren piłkarskich konformistów, gotowych znaleźć kozła ofiarnego i zmyć wyrzuty sumienia zimną wodą. On ukrył się niczym jeż, a potem przemówił: "Kto oskarża mnie o rasizm, ten w ogóle mnie nie zna. Mam wielu ciemnoskórych przyjaciół. Ich zapytajcie. To jednak nie znaczy, że muszę na siłę popierać pomysł przerywania meczów. Nie moja wina, że wśród kibiców są imbecyle." Charakter, jedyna tajemnica Charakter to jedyna tajemnica Marco. Miał lata, w których wydawał się być otwarty i dyspozycyjny. Potem przyszły następne, w których potrafił być szorstki. Nigdy nie chciał się tłumaczyć, nigdy się nie otworzył, nigdy się nie zwierzał. Pozwolił, by inni wymyślali, że ma problemy rodzinne. Ale wszystko było w porządku: jedyna towarzyszka życia, Lisbeth, była perfekcyjna dla niego. I troje dzieci. Kiedy skończył z piłką, przeniósł rodzinę do Montecarlo i został golfistą. Oczywiście w wielkim stylu: gdyby chciał, mógłby spokojnie rywalizować z profesjonalistami. Dziesięć lat temu powiedział, że nie wróci już do świata piłki: "Chcę się poświęcić czemuś innemu." Ale zmienił zdanie. W roku 2000 zapisał się do amatorskiego zespołu holenderskiego Noordwijk: jeden jedyny mecz, dwa gole. W 2002 poszedł na kurs trenerski. Nie chciał zostać trenerem, a jednak jest: nosi marynarkę i krawat. Z drugiej strony jego życie zawsze było nieustannym powracaniem. Okrąg zawsze się domykał: pierwszego gola w barwach Milanu strzelił w Pucharze Włoch z Bari. I przeciwko Bari strzelił też gola numer 100. W bramce Pisy stał Alessandro Nista, gdy strzelał swego pierwszego gola w lidze włoskiej, w 1987. Temu samemu bramkarzowi wbił swego ostatniego ligowego gola: w Anconie w 1993. Powrotów ciąg dalszy: z ławki Ajaxu zaczynał, tą zmianą przeprowadzoną przez Cruyffa. W tym samym miejscu debiutował jako trener: w Primaverze, a potem jako asystent trenera pierwszej drużyny. To nie koniec: do kadry narodowej, opuszczonej podczas eliminacji do Mundialu w USA '94 po zawodzie z Mistrzostw Europy '92, powrócił teraz na eliminacje do Mundialu 2006 po zawodzie z Mistrzostw Europy 2004. Marco Van Basten, selekcjoner reprezentacji Holandii, jest niczym już napisana wiadomość dla Italii. Bo jeśli ktoś nie zostawia spadkobierców, musi wrócić: prędzej czy później będzie trenerem Milanu. tłumaczenie: TomekW |
||||
![]()
|
||||
|
© Copyright 2002-2012 by ACMilan.PL :: Wszelkie prawa zastrzeżone |