Ja, Ibra - zamów przed premierą!
 


Forza Milan! 1/2002
autor: Carlo Pellegatti
 
W niedzielę 3. stycznia 1988 roku rozgrywane jest spotkanie, które stało się symbolem legendarnych Niezwyciężonych. Na San Siro Napoli z Maradoną w składzie otrzymuje od rossonerich lekcję gry. Milan zwycięża 4:1. Tym samym rozpoczyna się marsz, który doprowadzi nas do jedenastego scudetto.

Ten mecz oznaczał narodziny legendy. Spotkania Milan - Napoli nie sposób zapomnieć. Jedno z najwspanialszych, najpiękniejszych i najbardziej porywających, jakie kiedykolwiek rozegrano na San Siro. Swoisty pokaz fajerwerków, którym zarządzał Ten, który utopię przeobraża w rzeczywistość Arrigo Sacchi, z wielkim, niepowstrzymanym, fantastycznym Ruudem Gullitem, którego publiczność pożegna po meczu jedną z najbardziej niezapomnianych owacji na stojąco, jaką kiedykolwiek zgotowano na San Siro. Mamy początek stycznia 1988 roku. Milan traci pięć punktów do Napoli. Maradona wraca do Włoch po przerwie świątecznej, którą spędzał w ojczyźnie zaledwie jeden dzień przed meczem. W kuźni artystów, Milanello, Chłopcy z wielką uwagą przygotowują się do spotkania. 77 tysięcy widzów zgromadzonych na trybunach ciepło wita wracającego po kontuzji Marco van Bastena, który z mikrofonem w ręce pozdrawia na środku boiska kibiców. Wszyscy czekają na pierwszy gwizdek.

Po dziesięciu minutach bramka Careki zmraża San Siro. Ale tylko na chwilę. Milan szybko podnosi się, grając składnie, z gracją. Defensywa z kwartetem sławniejszym od Beatles'ów - Tassottim i Maldinim grającymi na gitarach, Filippo Gallim na basie, wreszcie Baresim na perkusji, a w powietrzu powiewa "A Taste of Honey" - zapach miodu. Nie bez przyczyny, gdyż w 20' meczu, gdy Colombo pokonuje Garellę, wszystko staje się słodsze. Ale jak wiadomo oczekiwaniom trenera nie łatwo jest sprostać, wymaga jeszcze większego zaangażowania i determinacji. Chłopcy naciskają i po trafieniu Virdisa wychodzą na prowadzenie. Pod koniec pierwszej odsłony neapolitańska tama ledwo wytrzymuje napór Milanu. Garella zbiera kolejne ciosy, staje jednak na wysokości zadania. W drugiej połowie show Gullita tchnął w San Siro najwyższą jakość. Czarny Tulipan jest nie do powstrzymania, jego mityczne warkocze rozbijają zagęszczone powietrze i rozgrzewają serca wszystkich miłośników piłki. Po dwudziestu minutach Ruud otrzymuje podanie, mija Garellego i umieszcza piłkę w pustej bramce. Salcie, jakie po chwili wykona towarzyszy huk San Siro, jego spontaniczna radość zaraża wszystkich. Vladimiro Caminiti na łamach Tuttosport napisze później: "Holenderski Superman rozbija boskiego krasnala" (Maradonę - przyp. autor). Spotkanie kończy bramka Donadoniego. Sacchi, jak na wspaniałego reżysera przystało, na osiem minut przed końcem ściąga z boiska Gullita. Wszyscy wstają z miejsc, niczym po koncercie Riccardo Mutiego w La Scali. Rozpoczyna się dwuminutowy aplauz, żegnany jest nowy idol kibiców Milanu Berlusconiego. Ten zaś po meczu mówi: "To spotkanie nie było potrzebne do tego, by udowodnić, że Gullit jest najlepszy w Europie."

Jeszcze raz powtórzę, że właśnie tego dnia narodziła się Legenda Milanu, który przez kolejną dekadę wygra wszystko, a nawet więcej. Choć nie, wybaczcie, wygra to nieodpowiednie słowo. Wejdzie do grona największych zespołów wieku. A wszystko zaczęło się na San Siro owego popołudnia. Niesamowitej styczniowej niedzieli.

03.01.1988 Milan - Napoli 4:1

tłumaczenie: dezali

 


© Copyright 2002-2012 by ACMilan.PL  ::  Wszelkie prawa zastrzeżone