![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
|
Forza Milan! 7/2002 autor: Carlo Pellegatti |
|||
![]() |
||||
|
23. maja 1987 roku, ważny dzień w historii Milanu Berlusconiego, który owocuje pierwszym awansem do pucharów dzięki zwycięskiemu i nie mającemu końca barażowi z Sampdorią. Data i spotkanie, których nigdy nie zapomnę, śledzona przez telefon na autostradzie podczas zaplanowanej od dawna podróży do Holandii. W towarzystwie osoby, która jakiś czas później została moją żoną.
W życiu każdego jest kilka niezapomnianych dat. Kiedy jeszcze dochodzi do niesamowitej, dziwnej zbieżności pomiędzy piłką a życiem prywatnym... wówczas pamiątkę z takiego dnia powiesić można na szyi. Tak stało się w moim przypadku. Zacznijmy od daty: 23. maja 1987 roku, dzień spotkania Milan-Sampdoria, barażu o miejsce w Pucharze UEFA na neutralnym boisku w Turynie. Prezydent Berlusconi otarł się o radość z awansu do pucharów już w poprzednim sezonie, pierwszym za jego prezydentury. W połowie marca 1986 roku Liedholm i jego podopieczni zajmowali wysoką pozycję w tabeli, jednak w ostatnich pięciu spotkaniach ponieśli cztery porażki, raz remisując, tym samym pozbawiając się szans na awans do Pucharu UEFA. To złe doświadczenie było dobrą lekcją dla władz klubu. Sezon później na pięć kolejek przed końcem, gdy Milan w tabeli znajdował się daleko od ostatniego miejsca gwarantującego udział w pucharach, Silvio Berlusconi postanowił zastąpić Nilsa Liedholma Fabio Capello. Szybko przyszło zwycięstwo nad Torino, a następnie porażka w Neapolu. Kolejne mecze przyniosły zwycięstwo nad Romą i dwa remisy: z Como u siebie i z Udinese na wyjeździe. Wyniki te okazały się wystarczające do zajęcia piątego miejsca, ostatniego gwarantującego występ w Pucharze UEFA, którego brakowało w sali trofeów na via Turati. Piąte miejsce, owszem, ale trzeba było o nie jeszcze zawalczyć z Sampdorią Manciniego i Vialliego. W tym miejscu zaczyna się przenikanie piłki z życiem prywatnym. Obowiązki zawodowe owego maja rzuciły mnie do Dusseldorfu. Do Włoch powracam na komentarz radiowy z meczu w Udine, mając nadzieję, że Milan podaruje mi awans do pucharów w ostatniej kolejce spotkań dzięki pięknemu zwycięstwu osiągniętemu we Friuli. Tymczasem pada remis. Nie, nie mogę powrócić do Włoch raz jeszcze sześć dni później na baraż w Turynie. Zorganizowałem już wyprawę do Amsterdamu, na którą miałem udać się z przyjaciółką i nie mogę nagle zmienić moich planów. Tak więc w chwili, gdy Chłopcy wychodzą na murawę Stadio Comunale, ja przemierzam autostradę Dusseldorf-Oberhausen-Arnhem-Amsterdam. Na boisku w Turynie rozgrywany jest prawdziwy spektakl, jednak jeszcze większy na trybunach. 20 tysięcy czerwono-czarnych kibiców przybyło z całej Italii, by być blisko drużyny. Wpierw o tym przeczytałem, później zobaczyłem na kasecie video. Atmosfera, pasja, entuzjazm, chęć przeżycia wreszcie wspaniałego popołudnia z Milanem, porównywalnego jedynie z tym, co dwa lata później wydarzy się w Barcelonie. Trybuna za bramką usytuowana na lewo od głównej jest pełna flag, wydobywa się z niej nieustający śpiew, niemal desperacki. Właśnie tak, gdyż fachowcy stawiają na Sampdorię. W zespole Milanu brakuje Giovanniego Galliego i Hateley'a. Capello rezygnuje z Galderisiego, podczas gdy rywale grają w pełnym składzie. Gdy sędzia Lanese po raz pierwszy gwiżdże tego popołudnia, napięcie osiąga maksymalny pułap. Sampdoria natychmiast groźnie atakuje za sprawą Briegela, którego strzał głową ląduje na poprzeczce. Z czasem jednak Chłopcy nabierają wiatru w żagle. Wciąż mam w oczach dokładne, fantastyczne podanie Kapitana, który z precyzją godną owada posyła piłkę pod nogi Virdisa. Bramkarz Genueńczyków paruje piłkę na rzut rożny. Próbuje jeszcze Di Bartolomei, jednak golkiper rywali frunie w powietrzu i wybija piłkę na kolejny korner. Przychodzi czas dogrywki i tej magicznej, sto drugiej minuty. Maldini do Tassottiego, mistrza samby prawej obrony, który z kolei podaje na środek do Massaro, człowieka Opatrzności. Uderza głową, we wspaniały sposób świętując swoje 26. urodziny. Minuty mijają wolno, niczym olej przelewany do naczynia, w końcu następuje końcowy gwizdek, wszyscy piłkarze wpadają sobie w ramiona na środku boiska. Kochany Milan, po dwóch latach, powraca do Europy! Capello wrzeszczy do mikrofonu wysłannika Rai Franco Costy: -To było prawdziwe dzieło, tak, dzieło!!" A co ja robię w tym czasie? Nie pozostawiam Chłopców, przynajmniej sercem. Co pół godziny zatrzymuję się na stacji benzynowej, by spytać moją matkę o wynik. W momencie, gdy przekraczam próg hotelu w Amsterdamie zastaje mnie wiadomość: - Milan prowadzi 1:0, do końca pozostają tylko dwie minuty!" Do końca meczu wiszę na telefonie i wreszcie, nie mogąc wrzeszczeć w holu hotelu, całuję moją przyjaciółkę. Na zakończenie jedna uwaga i rewelacja. Czuję nostalgię do tych czasów, gdyż my, kibice Milanu, po wielu cierpieniach, byliśmy niczym Włosi w latach 50. i 60. Ludzie, którzy potrafili cieszyć się z małych rzeczy, takich jak czarno-biały telewizor. Zapełnialiśmy San Siro przy okazji finału mistrzostw świata, spotkania w Pucharze Włoch w Veroną, cieszyliśmy się jak dzieci z bramek Hateley'a w meczach z Auxerre, czy Lokomotivem Lipsk. Chciałbym, by powrócił ten prosty, ale zarazem pasjonujący entuzjazm tych czasów. Jak był finał mojej podróży do Amsterdamu? Poślubiłem moją przyjaciółkę i pewnego dnia podarowała mi medalik, który wciąż noszę na szyi. Wygrawerowane są na nim dwa słowa: Twoja Miłość i niezapomniana pod każdym względem data: 23 maj 1987! 23.05.1987 Milan - Sampdoria 1:0 tłumaczenie: dezali |
||||
![]()
|
||||
|
© Copyright 2002-2012 by ACMilan.PL :: Wszelkie prawa zastrzeżone |