Ja, Ibra - zamów przed premierą!
 


Forza Milan!, 10/2007
autor: Luca Serafini
 
Posiada umiejętność rozbawiania innych, rozładowywania atmosfery, radzenia sobie w chwilach trudnych i radowania w momentach tryumfów. Ojciec przykładnej rodziny, z żoną Luisą od dwudziestu lat żyje w zgodzie i miłości. Dzieci - Katia i Davide - są zapatrzone w ojca i zakochane w jego klubie - Milanie. Od 1987 roku przeżyliśmy u jego boku wiele zabawnych chwil.

To zakaźna choroba. Rozprzestrzenia się z wielką łatwością, dotyka wszystkie osoby, za wyjątkiem tych w żaden sposób z nim nie związanych. Życzenie mu dobrze jest prawdziwą epidemią: dosięga cię od małego, sięga czasów, gdy grał jeszcze w piłkę, był podatny na urazy, a tym sam byłeś sportowym reporterem.

Miał za sobą wspaniały okres w Romie, pod wodzą Agostino Di Bartolemeiego i Nilsa Liedholma stał się prawdziwym imperatorem. Za każdym razem, gdy pojawiały się napięcia pomiędzy dziennikarzami a członkami zespołu, pojawiał się on: używający swoich umiejętności dyplomatycznych, z uśmiechem na czele. To tutaj nauczył się rzymskiego dialektu, którym opowiadał o swoich wielkich pasjach, poza piłką: stole zastawionym winem oraz grappą i oczywiście Luisie.

Carletto, którego znamy sprzed dwudziestu lat, zdawał sobie sprawę z tego, czym będzie się zajmował, gdyby przyszło mu przedwcześnie skończyć biegać za piłką: zostanie trenerem. Już wówczas przewidywał też, że prędzej, czy później powróci do zespołu, w którym w roli piłkarza wygrał wszystko, co było do zdobycia. Pewnego dnia Arrigo Sacchi powiedział w Milanello: - Carlo, ty także, kiedy będziesz już trenerem, każesz postawić ogrodzenie wokół boisk treningowych? Ten nieco zaskoczony spojrzał na niego i odpowiedział: - Dlaczego miałbym je budować, przecież już jest postawione. Tu w Milanello, gdzie pewnego dnia powrócę w roli trenera.

W 1990 roku, wiosną u progu mundialu, odwiedziliśmy go z ekipą Italia 1, by przeprowadzić wywiad na temat tego wyczekiwanego turnieju. Na sam koniec długiej wymiany zdań wyznał: - Poleciłbym selekcjonerowi Azeglio Viciniemu kilka rozwiązań taktycznych, które dobrze sprawdzają się w Milanie. Trzy z nich opracowałem osobiście, a Sacchi doprowadził do perfekcji. Dobieramy je w zależności od rywala.

Ponownie spotkaliśmy się już w okresie, gdy asystował Sacchiemu w reprezentacji narodowej. Pewnego poranka w Cagliari, dzień po fatalnym i niebezpiecznym 2:2 ze Szwajcarią na Sant'Elia, wspólnie zmierzaliśmy do samolotu. Podczas naszej rozmowy spostrzegliśmy grupę dziennikarzy prasowych, którzy zebrani wokół toczyli ożywioną dyskusję: - Widzisz ich? - zwrócił się do mnie - szykują działa na Arrigo. Zbliżyliśmy się do nich, nikt nie zorientował się, że toczonej dyskusji zaczął przysłuchiwać się Carlo Ancelotti. Do momentu, gdy postanowił włączyć się do rozmowy: - Wasze szczęście, że nie macie bladego pojęcia o piłce.

W pierwszym roku samodzielnej pracy od razu wprowadził Reggianę do Serie A. W Parmie wywalczył historyczne drugie miejsce, nigdy wcześniej, ani później nie powtórzone przez zespół z Emilii, nawet za złotej ery Nevio Scali. Pracując w Juventusie znosił wiele niepochlebnych opinii. Pewnego dnia oczekiwał telefonu z Parmy, kiedy skontaktowali się z nim przedstawiciele Milanu: Proszę się nie ruszać, podsyłamy samochód, by zabrać Pana do Mediolanu. Zajął miejsce Fatiha Terima, na każdym kroku podkreślając swoje pochodzenie. Davide i Katia dorastali, w tym samym czasie rozpoczynał się dla nich drugi etap przygody z Milanem, żyli klubem, wspierali go bezwarunkowo. To przykład modelowej rodziny, której niektórzy mogli wręcz zazdrościć. Nie potrzebował do tego zbytniej reklamy.

W trakcie meczów Carletto trzymał w ustach kawałek drewna. Dopiero jeden z fotografów odkrył jego sekret: był to mały różaniec z krzyżykiem. Pochodził z Pietrelciny, stanowił pamiątkę po Ojcu Pio, któremu był bardzo oddany. Każdego roku na koniec sezonu udawał się na pielgrzymkę do Puglii, bez względu na to, czy miał za sobą zwycięstwa, czy porażki.

Na zakończenie owego pierwszego sezonu, zakończonego zdobyciem czwartego miejsca, które dawało możliwość gry w Lidze Mistrzów, wieczorem, pod koniec kolacji, przy szklance grappy powiedział zadowolony: - Co nieco uporządkowaliśmy rzeczy. Gdy przychodziłem za każdym razem, gdy wyprowadzaliśmy piłkę z defensywy do ataku, ta momentalnie powracała do nas z podwójną szybkością. Niczym na flipperze. Z czasem zaczęliśmy wszystko poprawiać, powróciła też wiara we własne możliwości.

Szybko wynalazł Serginho, ustawiając go na flance bliżej środka, niż linii bramkowej. Zmienił ustawienie znajdując w nim miejsce dla znajdującego się w szczytowej dyspozycji Rui Costy, partnerującemu Inzaghiemu i Shevchence. Krok po kroku wprowadził Contrę i Chamota, przywrócił również kredyt zaufania Costacurcie, odstawionemu na bok przez Terima. W każdym kolejnym roku i sezonie wprowadzał nowinki taktyczne. Piłkarze wypowiadali się o nim z uznaniem, jak choćby Gattuso w czerwcu 2007: - Gdyby trener w lutym nie znalazł na boisku miejsca dla dodatkowego pomocnika, nie osiągnęlibyśmy niczego.

Ktoś mógłby pomyśleć, że musiałby to być Capello lub Mourinho, by zdecydował się desygnować do gry równocześnie Pirlo, Rui Costę, Rivaldo, Serginho, Seedorfa i jeszcze jednego napastnika. Wygrywając przy tym Ligę Mistrzów, a następnie - po dokonaniu kilku szlifów - scudetto. Tymczasem stało się to udziałem Carlo Ancelottiego, drogiego Carletto, który jednym zdaniem, jednym uśmiechem, wybuchem radości z różańcem w zaciśniętym w ustach, potrafił rozładować najcięższą atmosferę. Pewnego czerwcowego wieczora poprosił mnie o zawołanie Costacurty: - Muszę z nim porozmawiać. Świeżo nominowany na asystenta trenera usłyszał: - Na samym początku twojej nowej przygody chciałem ci uświadomić, iż epoka cudów już się zakończyła. Uznałem, że powinieneś to wiedzieć. Albo, gdy tuż po przedłużeniu kontraktu zwrócił się do Ambrosiniego: - Widziałem twoją umowę, teraz to już na pewno zarabiasz najmniej w Milanie.

Zaskoczył wszystkich 25 maja, gdy Milan świętował na San Siro najpiękniejszy, najdumniejszy i najciężej wywalczony Puchar Mistrzów. W swoim stylu zapowiedział zespołowi: - Zobaczycie, co dziś pokażę. I kiedy przyszła właśnie jego kolej, by chwycić za mikrofon, podziękował każdemu z piłkarzy, członków sztabu i pracownikowi Milanello z osobna, by na końcu zwrócić się do kibiców: Ale, ale, ale Milan ale, forza lotta, vincerai, non ti lasceremo mai". Kibice byli zachwyceni.

Zarzucano mu, że jest zbyt dobry. Zarzucano mu, że jest zbyt tolerancyjny. Odpowiadał: - Mam do czynienia z głowami rodzin, poważnymi profesjonalistami, nie ma powodu, bym podnosił głos. Jak gdyby opanowanie było wadą, jakby spokój, umiejętność wyłączenia się, po czym przechodzenia do działań, nie było obraną strategią, a czyimś wymysłem.

W rzeczywistości nie jest trudno przebywać w jego towarzystwie, współpracować, dyskutować. Jako dziennikarz, przyjaciel, piłkarz, czy współpracownik. Tak łatwo jest zaakceptować jego szczerość i otwartość. Bystrość. Być może dla otaczającego go świata to zbyt wiele do przełknięcia. Być może mógłby być jeszcze większy, ten świat Carletto; świat tworzących go osób, które życzą mu dobrze, które w mig pojęły jakie to proste.


tłumaczenie: dezali

 


© Copyright 2002-2012 by ACMilan.PL  ::  Wszelkie prawa zastrzeżone