Ja, Ibra - zamów przed premierą!
 


"Calcio 2000", nr. 71, 2003
autor: Carlo Caliceti
Radość i porządek: świat futbolu utalentowanego młodzieńca, którego Milan pozyskał z San Paolo można ująć w tych dwóch słowach. Wskażcie mi brazylijskiego fantasistę, który wierzy w sens poświęcenia się dla dobra zespołu, oraz w dyscyplinę taktyczną. Bohater wywodzący się z mieszczaństwa, który sieje popłoch gdziekolwiek się pojawia.

Radość i porządek. Świat Kaki - jego piłkarski żywot - określa prosty slogan. W żadnym wypadku nie umniejsza on klasy piłkarza, bo to właśnie on tymi dwoma słowami w wieku dwudziestu jeden lat określił swoje oddanie piłce. Ponadto na tym skrawku Italii znajdującym się pomiędzy Milanello a Arcore, slogany są chlebem powszednim, a Brazylijczyk przebojem zadebiutował w Milanie niczym absolwent piłkarskiego Harvardu, zdobywając powszechną sympatię. "Można grać radosną piłkę podporządkowując się obranej taktyce, jedno nie wyklucza drugiego, taka jest moja filozofia piłki: radość i porządek". Oto magiczne zwieńczenie dwóch przeciwności. Mógłby też rzec: podobać się, jestem fantasistą-robotnikiem. Ale to byłoby mniej oryginalne.

Zresztą historia jest pikantniejsza, Ricardo Izacson dos Santos Leite, którego Milan pozyskał z San Paolo za 12 milionów dolarów w sierpniu, nie jest przykładem typowego brasileiro zmagającego się w dzieciństwie z biedą, który w świat wielkiej piłki wkraczał na Maracanie. Nie, nasz chłopak po raz pierwszy ujrzał światło dzienne 22 kwietnia 1982 roku w burżuazyjnym apartamencie w Brasilii, sztucznej stolicy, najmniej brazylijskim mieście spośród całej zielono-złotych konstelacji. Dorasta - kolejne odejście od normy - w zamożnej rodzinie: ojciec inżynier, matka nauczycielka, nie ma tu miejsca na dryblowanie na ulicach biegając o gołych stopach; uczęszczał do szkoły, osiągając próg uczelni wyższej. Wszystko normalne aż do przesady, dopiero w wieku dziewiętnastu lat, grając już w pierwszym zespole San Paolo, wraz z dorosłością pojawiają się problemy.

Jak to się jednak stało, że pan Ricardo Izacson pewnego pięknego dnia stał się dla wszystkich po prostu Kaká? To zasługa, czy też wina, brata Rodrigo, liczącego sobie 17 lat, mierzącego 192 centymetry wzrostu, grającego na pozycji środkowego obrońcy w drużynie juniorów San Paolo do lat 18. To on, od dzieciństwa, przekręcał imię Ricardo na ka-ka, bełkot, który tylko w Brazylii mógł stać się oficjalnym przydomkiem znakomitego piłkarza, i tylko we Włoszech stać się pretekstem do odstąpienia od zakupu piłkarza. Zapytany pewnego dnia Luciano Moggi: Jak nigdy wy, z Juventusu, którzy obserwowaliście go tyle miesięcy, daliście się mu wymknąć? I Lucianone z wyrafinowanie godnym komika Bagaglino odpowiedział: "Nigdy nie sprowadzilibyśmy go do Włoch, z takim przydomkiem?". Nie wiedzieć czemu teraz ta gra słów nie bawi już nikogo. Zapewne dotyczy to także starego wyjadacza rynku transferowego.

Zresztą Kaká miał prawdziwe wejście smoka w lidze włoskiej, co w przypadku piłkarzy pochodzących z Ameryki Południowej zdarza się niezwykle rzadko, tym bardziej tak młodych. Zjawisko tym szczególniejsze, że na boisku gra na pozycji, która wymaga najdłuższa czasu na przyswojenie sobie mechanizmów rządzących grą zespołu. Nawet fakt nadania mu na początku włoskiej przygody etykiety piłkarza 'nietypowego', nie przeszkodził mu pokazać pełni klasy. Nietypowy kilkoma przekonywującymi występami zdołał wywalczyć sobie określone miejsce w pomocy Milanu grzebiąc nawet powszechnie głoszoną perspektywę odrodzenia się wielkiego mistrza Rivaldo.

W momencie przeniesienia się wraz z rodziną do San Paolo, Kaká nie jest już małym dzieckiem. Po raz pierwszy przywdziewa biało-czerwono-czarną koszulkę i zaczyna żmudne treningi w juniorskich zespołach San Paolo. Jest jednak jeden problem, w wieku piętnastu lat malutki pomocnik mierzy zaledwie 163 centymetry wzrostu (dziś 185cm) i waży pięćdziesiąt kilogramów. Puszek. Mógłby zaistnieć w futebol bailado przed trzydziestu laty, ale nie we współczesnym siłowym futbolu. Musisz pracować nad masą, mówili mu posyłając do siłowni. Kiedy ją opuszcza nadal czaruje: ustawia się za napastnikami, wykonuje ostatnie podania, a nawet sam zdobywa bramki.

Wzloty na wyżyny, ale również zmysł nie będący rzeczą naturalną, oraz zdolność poświęcania się na rzecz zespołu owocują debiutem, o którym marzą wszyscy chłopcy tuż przed zaśnięciem wieczorem. Marzenie pełną gębą, także z tego powodu, że jeszcze kilka miesięcy wcześniej młodziutki Kaká miał wielkie szczęście, gdy poślizgnął się na basenie ocierając się o złamanie szóstego kręgu. Poszczęściło mu się: "mogłeś zostać sparaliżowany" usłyszał później od lekarzy.

Debiut? Oto i on. 2001 rok, międzystanowy finał Rio-San Paolo, który nie jest nic nieznaczącym spotkaniem, lecz jednym z najbardziej prestiżowych meczów pełnego chaosu kalendarza brazylijskiego. Naprzeciw siebie stanęły San Paolo i Botofago z Rio de Janeiro. Kaká zasiadł na ławce. Kiedy nastąpił ten wielki moment? Wtedy, kiedy wszystko wydawało się już przesądzone: w drugiej połowie, gdy Botofago prowadziło 1:0. Ale nasz chłopak jest cudowny, w wieku dziewiętnastu lat ma u partnerów zaufanie niczym weteran i porywa do walki zmęczony zespół. Zdobywa dwie bramki na wagę zwycięstwa, pucharu i wejścia młodzieniaszka do galerii sław.

Kaká przebudza się nie tylko, gdy między jego nogami znajduje się piłka. Na konferencji prasowej, gdy prezentowano go w Milanello pojawia się pierwszy problem: Rivaldo. On, nasz drogi Kaká, wie, że by grać, musi pozbawić miejsca w zespole swojego wielkiego przyjaciela. On, Ricardo Izacson, spuszcza w dół wzrok, ale w jego głosie czuć pewność: "Pierwsza sprawa: kto mówi, że nie możemy grać razem? A nawet gdybyśmy walczyli o jedno miejsce w zespole, nie będzie to problemem. Czyżbyście wy, panowie, nie konkurowali z innymi kolegami, włączając tych z własnej redakcji?" Ale miejsca na żarty nie ma: młodzieniec potrafi liczyć i szybko nauczył się jak poruszać się po wielkim świecie. Czyżby było to zasługą solidnej dawki lektury, jaką wcześniej pochłonął? Kto wie. Z pewnością sporo wolnego czasu poświęca korespondencji, gdyż od dwóch lat Kaká może poszczycić się budzącą podziw średnią dwóch tysięcy listów otrzymywanych każdego miesiąca. Głównie od młodych dziewcząt, admiratorek, które pełni wyobraźni Brazylijczycy nazwali 'Kakácetes'. Są dobrze zorganizowane, a swoją pasję pielęgnują poprzez internet.

Kaká to mistrz świata. Tytuł zawdzięcza osiemnastu minutom, na które Scolari wpuścił go podczas ostatniego mundialu w meczu przeciw Kostaryce. Poza tym spotkaniem rola naszego Ricardo w Japonii ograniczyła się do bycia turystą i do lektury liścików, które jego mama pozostawiła mu w walizce: "Czytaj jeden każdego dnia, synu mój" (słowa pochodzące z ostatniej książki autorstwa Coelho, ale prawdziwe). Z pewnością to nie sukces odniesiony w Jokohamie zapewni Kace miejsce w historii. Biorąc pod uwagę jego młody wiek ma jeszcze mnóstwo czasu, by odnieść zwycięstwa pełną gębą, zaczynając od igrzysk olimpijskich w Atenach w 2004 roku, w których weźmie udział z reprezentacją Brazylii U-23. A później nadejdzie czas prawdziwej reprezentacji: przyjaciel Ronaldo jest niespokojny, Rivaldo nieco mniej, ten pierwszy już podjął starania o ściągnięcie go do Realu.

Pożegnanie Kaki z San Paolo nie należało do przyjaznych. Po części z powodu kryzysu klubu, który stracił blask, jakim brylował jeszcze kilka lat temu, a po trochu z malejącej rangi krajowych rozgrywek "Myślami jest w Europie" - twierdzili najbardziej zawistni kibice. To całkiem możliwe, bo jeszcze zanim zacumował w Milanie, ofert ze Starego Kontynentu nie brakowało. Manchester, Real Madryt, a nawet Chelsea Abramowicza. Przyznać też trzeba, że jednym z pierwszych, który na kasecie obserwował cudownego chłopca był Carletto Mazzone, gdy trenował jeszcze Brescię. "Jaki jest ten chłopak?" - zapytał go Gino Corioni - "Nie dla Brescii", padła odpowiedź. "Zbyt słaby?", "Nie, zbyt dobry". Rosnące zainteresowanie chłopakiem, który jest niczym wodospad wypluwającym złote monety nie umyka także uwadze agenta piłkarskiego Wagnera Ribeiro, prawdziwego wyjadacza w swoim fachu, który oprócz Kaki dba także o interesy innych obiecujących piłkarzy, takich jak Franca (niedawno pozyskanego przez Bayer Leverkusen) i Robinho, gwiazda Santosu. Sam agent potrafi również przysparzać złotych monet młodemu księciu, który w San Paolo musiał zadawalać się kontaktem w wysokości 300 tys. dolarów rocznie, a w Mediolanie złożył podpis pod kontraktem opiewającym na 1,6 miliona dolarów rocznie przez okres pięciu lat.

W momencie gdy Galliani i Braida, przy dużym udziale Leonardo, osiągają porozumienie z Marcelo Portugal Goveia, prezydentem 'paulista', relacje pomiędzy cudownym chłopcem a 'torcidą' oziębiają się. Także trener Roberto Rojas - rycerz sportu, który będąc bramkarzem reprezentacji Chile, sam siebie skrzywdził wnosząc zażalenie na zwycięstwo nad Brazylią uzyskane przy zielonym stoliku - stawia sprawę jasno: "Znów będziemy wielcy, także bez niego".

tłumaczenie: dezali



© Copyright 2002-2012 by ACMilan.PL  ::  Wszelkie prawa zastrzeżone