Ja, Ibra - zamów przed premierą!
 


Gazeta Wyborcza nr 68; 20.03.2004
autor: Rafał Stec
Skoro ćwierćfinały Ligi Mistrzów tuż-tuż, niniejszym ogłaszam, iż najlepszą drużyną świata Anno Domini 2004 jest AC Milan, więc w maju sięgnie po Puchar Europy.

Oczywiście jeśli w finale nie przegra z Arsenalem, czego ostatecznie całkiem wykluczyć nie można, nawet pamiętając, że w ostatnich latach świeżo mianowani mocarze klubowego futbolu egzamin końcowy oblewali - jak Valencia (dwukrotnie) i Bayer Leverkusen. Wypadałoby napomknąć o Realu Madryt? Kto tak sądzi, dał się omamić, uległ kosmicznemu oszustwu, jakie obmyślił Florentino Perez. Oczywiście pomijam nieuleczalnych madridistas od uleczalnych (o ile tacy bywają) różniących się tym, że mają ochotę spalić na stosie każdego, kto śmie podejrzewać, że Zidane, Ronaldo, Figo etc. muszą jeść, spać i korzystać z toalety.

Pierwszy mit, powszechny, lecz nieprawdziwy, to przekonanie, że po Santiago Bernabeu biegają najlepsi piłkarze świata, a w najgorszym razie najbardziej kreatywna druga linia we współczesnym futbolu. Otóż nie. Nawet biorąc pod uwagę niezmierzoną, nieosiągalną i prawdopodobnie niepowtarzalną boskość Zidane'a (tu i mnie nękają wątpliwości: czy to najzwyklejszy homo sapiens z ledwie dwa razy większą od muszki owocowej liczbą genów?), najbardziej kompletną pomoc tworzy mediolański kwartet Seedorf, Pirlo, Kaka, Gattuso. Trzej pierwsi potrafią na boisku wymyślić nie mniej niż Zidane, Beckham i Figo, ostatni to chyba najbardziej niedoceniany wśród wybitnych defensywnych pomocników, nietracący tchu, w 90 minut przemierzający dłuższy dystans niż Zidane i Figo razem wzięci w 180. Lekka przewaga "Królewskich" w ataku w żadnym razie nie odpowiada dysproporcji między obiema drużynami w defensywie, i to nie tylko dlatego, że Paolo Maldini z ujmującą elegancją obala stereotyp, iż 36-latek, owszem, może być najlepszy w świecie na swojej pozycji, ale tylko stojąc w bramce. Doprawdy, świętą rację ma Adriano Galliani, kiedy upiera się, że jeśli Madryt szczyci się konstelacją galacticos, to Mediolan zgromadził 11 meravigliosi (co znaczy mniej więcej "cudowni chłopcy") tworzących najbardziej kompletną, pozbawioną słabych punktów drużynę wśród istniejących. A nawet nie 11, lecz co najmniej 15, ale o rezerwach za chwilę.

Drugi mit, ostatnio zresztą uparcie obalany przez samych piłkarzy Realu, to głoszona równie uparcie prawda, jakoby grali oni najpiękniej. Otóż nie, otóż od wielu już tygodni przyjemność z oglądania "Królewskich" polega na wychwytaniu błysków geniuszu Zidane'a, Ronaldo czy Roberto Carlosa nieprzekładających się jednak na harmonijną całość, jaką stanowi Arsenal. W dodatku to zespół nie tylko wciąż rozwijający się i młody, ale także dysponujący pielęgnowanym przez Liama Brady'ego arcyzdolnym zapleczem juniorów, którzy składem złożonym z nastolatków eliminowali z pucharów rywali z Premier League. Młodzi są - prócz defensywy - także rossoneri, wspiera ich równie silna ławka, więc ich hegemonię w Serie A trudno tłumaczyć słabością Juventusu. W poprzednim sezonie turyńczycy mieli po 26 kolejkach tylko punkt więcej niż teraz, a mimo to byli liderami i zdobyli mistrzostwo. Dziś raczej nie dogonią Milanu, który ma szansę uzyskać 91 punktów i pobić rekord wszech czasów. Co więcej, grając atrakcyjniej od Realu, jakby wbrew temu szczególnemu gatunkowi kibiców, gatunkowi patologicznie nienawidzących włoskiej piłki, którzy najprawdopodobniej jej nie oglądają.

Milan i Arsenal omijają kryzysy, "Królewscy" wpadli w kryzys bardzo głęboki i jeśli cud ich z niego nie wydobędzie, słynna koncepcja Florentino Pereza (co lato jedna megagwiazda) padnie. Najsprytniejszy marketingowiec wśród prezesów wymyślił sobie, że wielcy piłkarze, po pierwsze, nie miewają kontuzji (ściągając Ronaldo!), a po drugie, nie przeżywają wahań formy. Ciekaw jestem, jakież to polecenia od trenera dostał w sobotni wieczór niejaki Borja, zmieniając Zidane'a. Wstyd się przyznać, ale wciąż nie potrafię zapamiętać, jak ten - nie wątpię, że zdolny - 23-latek wygląda. Jeszcze większy wstyd, że nie wierzę, by nie tylko Iker Casillas, ale i reszta galacticos odzyskała wigor i zdobyła Puchar Europy. Nęka mnie nawet bezczelna myśl, że "Królewscy" nie wywalczą tej wiosny żadnego trofeum i będą musieli poważnie się zastanowić, czy nie nastał najwyższy czas, by porzucić koncepcję Pereza i powoli rozglądać się za następcami Zidane'a (32 lata), Figo (32), Roberto Carlosa (31, choć on pewnie skończy karierę przed sześćdziesiątką), a przede wszystkim żałosnego w meczu w Bilbao Ivana Helguery.

Milan i Arsenal czeka za to raczej bezpieczna przyszłość, zwłaszcza że finał Champions League zasili i klubową kasę. Londyńczycy go przegrają, bo do ekskluzywnego, stabilnego grona zdobywców najcenniejszego trofeum w klubowej piłce od czasów Barcelony (1992) nikt nowy nie przybył. To oczywiście argument pozaracjonalny, ale przesądy i zaklęcia to w piłce pewnik jak twierdzenie Pitagorasa w euklidesowej matematyce. Przeciw Milanowi mogłaby świadczyć inna passa - jeszcze dłużej wypatrujemy drużyny zdolnej obronić trofeum. Mogłaby, gdyby to nie rossoneri jako jedyni w ostatnim ćwierćwieczu (i pomyśleć, że ich poprzednicy pałętają się dziś gdzieś w dolnych rejonach angielskiej II ligi...) tej sztuki dokonali.

Starcie prezesów:
Wspomniany wyżej termin meravigliosi prezes Galliani wymyślił właśnie dlatego, by uczynić z niej - jak powiedział - markę tak rozpoznawalną jak galacticos (kto w Polsce znał to pojęcie rok temu?). Wielki Milan Arrigo Sacchiego to byli immortali (nieśmiertelni), a Milan Fabia Capello - invincibili (niezwyciężeni).

A z nich wszystkich największy jest...
...Berlusconi, który znów przypomniał, że Milan to on. "Pokazali mi rano gazety: czytam w nich o Sacchim, Zaccheronim, Ancelottim i ani słowa o Milanie Berlusconiego. A to ja od 18 lat ustalam taktykę, zasady, kupuję piłkarzy".


© Copyright 2002-2012 by ACMilan.PL  ::  Wszelkie prawa zastrzeżone