Finał Ligi Mistrzów 2002/03: Milan - Juventus, 28. maja 2003r.


Gdańsk

Ciao i grandi tifosi rosso-neri!!! W Gdańsku spotkaliśmy się o godzinie 20.00 przed "Tiger Pubem". Pierwszy był Kuba, zaraz potem doszedł Szczupak. Zajęliśmy stolik i już w szybie pokazali się Walker z Marcinem. Do tego miła niespodzianka, bo przyszła Ania. Nazwiemy ją pierwszą, bo chwilę później dołączyła  druga Ania. czyli zaczęło się pięknie!!! 6 na dzień dobry to i zamówiliśmy rurę piwka :)
Na początku mała walka z obsługą baru bo nie chcieli puścić dźwięku... ale może to i lepiej, bo nie musieliśmy słuchać polskich pseudokomentatorów :))
Tłumaczyli się awarią sprzętu. Ale cudem jakimś po pierwszej minucie meczu rozległy się tajemnicze podniecone głosy Kołtonia i Borka. Chyba dlatego, że większość ludzi przyszła na mecz. Sala podzieliła się na 2 grupy. Pierwsza z nich,  ujęta naszymi koszulkami i dopingiem, kibicowała Milanowi. Między innymi było 4 Ukraińców, którzy równie głośno krzyczeli jak my "Szewaaa!!!". Gdy Andriej strzelił bramkę - wszyscy podskoczyliśmy, skakaliśmy i cieszyliśmy się, dopóki nie dowiedzieliśmy się że bramkę anulowano... poleciały niecenzuralne słowa itd, itp...
Emocję były cały czas, żywe dyskusje, piwko się lało, papierosy dymiły jeden za drugim, paznokcie obgryzione. W przerwie doszedł Wojtek, a wcześniej dosiadł się pewien człowiek, którego wszyscy kojarzyliśmy, ale nikt nie wiedział skąd. Też kibicował Milanowi, a największą dyskusję prowadził z siedzącym obok Walkerem. Druga połowa piłkarsko trochę słabsza, ale emocje nas zjadały...
Frytki, druga rura piwa, oprocz tego Kuba mało nie zjadł nóg Ani, która nieopatrznie położyła mu je na kolanach... Gdy doszło do karnych, całą salę opanował strach... co zrobią Milaniści jak AC przegra?!
Na szczęście Nelson broni i szał radości!! Zaraz potem piłkę w siatce umieszcza Serghinho... Dalej wybaczcie ale przez chwilę nie pamiętam co się działo :)) Dopiero chwila skupienia przed strzałem Szewczenki... I nagle skok w górę, ludzie patrzą na nas jak na debili :))) Gdy tak biegamy po całym "Tigerze" podchodzą Ukraińcy. Zapraszają do stolika, zamawiają flaszeczkę i równo z podniesionym pucharem obalamy jeszcze zdrowie Andrieja, który mimo niestrzelonych kiedyś karnych tym razem okazał się niezawodny. Tym akcentem kończę.
W rewelacyjnych nastrojach poszliśmy do domów, stwierdzając, że skoro w Tigerze mają też Cyfrę+, to pojawimy sie pewnie też w jeszcze większej grupie na derby albo na innym ważnym spotkaniu!
FORZA MILAN!!!

kuba1899


Kraków

I już po wszystkim... Wielki Finał Ligi Mistrzów sezonu 2002/03 przeszedł do historii, a razem z nim do historii przeszły wydarzenia, których świadkiem był stadion Old Trafford w Manchesterze, a razem z nim całe rzesze kibiców na całym świecie, którzy z większymi bądź mniejszymi emocjami śledzili każde zagranie wykonane w "Teatrze Futbolu". Było takie miejsce na Ziemi, gdzie zebrała się niesamowita energia... Bijąca nieustannie z Czerwono-Czarnych serc polskich Milanistów. Mógłbym napisać krakowskich, ale byłoby to przekłamanie, ponieważ nie każdy z nas mieszka, czy też wychował się w grodzie Kraka. A jak doszło do naszego spotkania w ten wielki dzień i jakiż miała przebieg owa konfrontacja naszych pokręconych osobowości? Może od początku... W Krakowie lokum dla nas szukał Artur. Zrobił to na tyle skutecznie i oryginalnie, że wspólnie mogliśmy cieszyć się z pobytu w klubie "Atmosfera", którego klimat był naprawdę znakomity a i warunki stricte techniczne sprzyjały oglądaniu Finału. Mamy więc lokal, trzeba ludu! Ale nie będę się rozwodził nad transferami, pertraktacjami, rozmowami telefonicznymi, któreż to wspólnie doprowadziły do zebrania się grupy Milanistów w liczbie ośmiu w "Atmosferze".
O godzinie 17:30 spotykam się koło dworca PKS z Arturem i jego znajomym. Nie zastanawiamy się długo i po chwili już zdążamy do klubu, by zająć stoliki i czekać na innych. Około 18:45 zjawia się Agata. Chwilę rozmawiamy, gdy do Atmo wchodzi kolejny Milanista – Tomek (to M.A.S.H). Ponieważ nigdy się nie widzieliśmy, wędrował przez chwilę między stolikami, na szczęście szybko się dogadaliśmy i już po chwili było nas czworo. Wraca Artur, który wyszedł porozmawiać z dziewczyną, za chwilę pojawiają się Giorgio, Tadek, Robert i kolejny Tomek (dalej zwany Gano) i jest nas piękna ósemka. To był plan minimum - wypełniony, ale niedosyt pozostał.
O 19:40 miało się zacząć sprawozdanie na Polsacie Sport, więc pędzę do barmanów. Nie przestraszyli się mojej wątłej postury (o zgrozo!) i tłumacząc się jakimiś śmiesznymi przepisami dali mi do zrozumienia, że wcześniej niż o 20:30 obrazu na telebimie nie będzie nam dane obejrzeć. Nie chciałem wszczynać burd i z niesmakiem wróciłem do przyjaciół. Ale dotrwaliśmy wspólnie do meczu i wtedy tak naprawdę zaczęły się prawdziwe emocje. Całą grupą usadowiliśmy się na "balkonie". Przez barierkę Arturo przewiesił szal Milanu, żeby motłoch widział, kto jest górą ;)
Na dole, wśród pikników. znalazło się jeszcze dwóch naszych braci, których koszulki jednoznacznie wskazywały na sympatię klubową. A reszta? Heh, chyba dzięki nam, chociaż na ten wieczór parę osób stało się kibicami Juve ;) Najpierw Giorgio rozlał piwo, które natychmiast, zgodnie z prawem ciążenia skierowało się na podłogę, a że pod naszym balkonem siedziała jakaś wiara, śmiem twierdzić, że browar z powodzeniem mógł trafić komuś na głowę ;) Potem nasz niepohamowany ryk (choć lepiej brzmi "diabolicznie radosny wiwat na cześć Milanu") po bramce Szewy stał się pretekstem do ironicznych uśmieszków i braw, gdy chwilę później bramka owa, została nam brutalnie i bez serca zabrana siłą dość kontrowersyjnej decyzji sędziego rodem z Germanii.
Pierwsza połowa mijała nam w sporych nerwach. Milan grał świetnie, ale raził nieskutecznością. W powietrzu dało się wyczuć coś niesamowitego... Coś, czego nie można przeżyć będąc samemu w domu przed telewizorem. Emocje każdego z nas zostały spotęgowane. Każda akcja wywoływała te parę razy większe przeżycia, których nijak nie idzie porównać do odczuć z "domowego" oglądania. W czasie przerwy stuknęliśmy parę fotek i wróciliśmy do naszych stolików. Druga połowa to coraz mniej agresywne ataki Milanu, a coraz żywsza gra Starej Damy. Taki obrót sprawy przyprawił nas o niesamowity stres. Któż wie, jak mogłoby się to skończyć, gdyby któreś z nas miało problemy z sercem...
Po 90 minutach zmagań obu drużyn nastąpiła chwila, gdy opuścić musiała nas Agata. Od tej pory musieliśmy w ściśle męskim gronie, radzić sobie z naszymi emocjami. W końcu dogrywka. Przed jej rozpoczęciem rozważaliśmy celowość i sens zmian dokonanych przez Carlo, gdyż zdjęcie z boiska Pirlo i Rui Costy to wyczyn był wręcz kontrowersyjny. Nic tam - nie nam oceniać posunięcia coacha, zwłaszcza, że finał się jeszcze nie skończył. Kontuzja Roque Juniora i jego wręcz heroiczna walka podniosły nam znacznie poziom adrenaliny. 
Z nerwów zapomniałem co działo się przez ostatnie 10 minut, dlatego dalsza część mojej opowieści zacznie się od rzutów karnych... Co się wtedy działo!!! Najpierw Trezeguet. Podbiega do piłki i... Didaaaaaaaa!!!! Już wtedy wiedziałem, że moje gardło nie wytrzyma tej nocy. Sam nie wiem, jak balustrada nie runęła razem z nami w dół. 
Nie będę opisywał dalszych karnych, bo efekt był podobny, z tym, że przy paradach Buffona ekstazy dostawała część widowni, która siedziała pod telebimem. Nadmienię jedynie, że po pudle Kaładze, balustrada w klubie "Atmosfera" straciła jeden ze swoich szczebli, który miał prawo wylądować na głowie kibica Juventusu. Tak się jednak składa, że z moją celnością nigdy nie było najlepiej, więc Juventino nie miał powodu by wychodzić do nas na górę ;)
A potem? Relacja Tomka (to M.A.S.H):
"Na zawsze już zapamiętam, ten moment, kiedy Szewczenko przygotowuje się do egzekwowania decydującego karnego. Wszyscy wstajemy (w jedności siła!), napięcie jest wprost niesamowite. Krzyczymy: "Szewa gol! Szewaa gol!". A za chwilę radość, euforia, szaleństwo. Nic innego już się nie liczy. W takiej chwili świat przestaje istnieć. AC MILAN wraca!!!"
Przez chwilę nie wiedziałem, co się dzieje. Wyliśmy, skakaliśmy z radości. Choć słowo radość nawet w minimalnym stopniu nie odzwierciedla tego, co wtedy działo się w naszych sercach. Nasz MILANEK zdobył Ligę Mistrzów!!! Giorgio, Gano, Tomek, Tadek, Robert, Artur i ja świętowaliśmy. Tak! To były nasze chwile. Te wszystkie nadzieje Juventinich na wielki triumf, zostały brutalnie zgaszone karnym Szewy!
Niektórzy mieli spuszczone głowy, widać było, że ta porażka była dla nich bolesna. Bolesna tym bardziej, iż piętro wyżej grupka szalonych Milanistów celebrowała zwycięstwo Rossonerich. Wybiegliśmy z Atmo w Kraków, gdyż pomyleńcy wyłączyli telebim, a my – rzecz oczywista - musieliśmy obejrzeć dekorację zwycięzców i ujrzeć Puchar Europy w rękach Paolo Maldiniego. Artur zaprowadził nas do kolejnej knajpy, gdzie nasze szeregi opuścili Tadek i Robert. Po drodze głośno demonstrowaliśmy naszą radość, raz po raz niszcząc sobie struny głosowe. To było jak obłęd... Widok zrozpaczonych Juventinich był naprawdę boski :> W końcu trofeum za zdobytą Ligę Mistrzów powędrowało w ręce naszego kapitana! W takiej chwili jak ta, wzruszenie i radość potrafią zawładnąć człowiekiem bez opamiętania. Opuściliśmy lokal i dalej w miasto! A niech ludzie wiedzą, kto rządzi w Europie! Jeden fan Juve, którego minęliśmy na rynku, minę miał dziwnie zniekształconą. Juventus był bliski Pucharu, ale zwycięzca mógł być tylko jeden!...
Pod Sukiennicami kolejna fotka a potem na piwo!!! Do godziny 2:30 wspólnie siedzieliśmy i rozmawialiśmy o tym, co jest teraz i o tym, co będzie. Padło parę ciekawych pomysłów, za których realizację trzeba się zabrać jak najwcześniej. Ale o tym szaaa.
Ja, Giorgio, Gano, Tomek, Artur (on opuścił nas nieco wcześniej) spędziliśmy te ostatnie chwile upajając się zwycięstwem Rossonerich... Jedno jest pewne. Spotkamy się raz jeszcze, gdyż my, Milaniści musimy trzymać się razem. Już chyba żadne z nas nie będzie miało ochoty w samotności przeżywać kolejnego finału Rossonerich w LM. Tego, co przeżyliśmy razem przez te parę godzin, nijak nie da się wycenić. Takie spotkanie w takiej atmosferze to wydarzenie unikatowe, które z pewnością na całe życie zostanie w naszej pamięci. Mam nadzieję, że jeszcze nieraz przyjdzie nam wspólnie świętować. Jeśli nie finał LM, to chociaż zjazd Milanistów, na którym powinni się znaleźć ludzie także z innych rejonów kraju. Finał się skończył, rozeszliśmy się do domów, ale ciągle trwa w nas tamten wieczór. I trwał będzie bardzo długo.

Mekin

Opole

Organizacja spotkania, tradycyjnie, nie obyła się bez problemów. Długo nie można było ustalić jego miejsca. Miał być Wrocław, mogły być Gliwice, a było Opole. Opole, do którego jako pierwszy przyjechał Garfield (Częstochowa). Wraz z kapim (gospodarz) przyjęliśmy desant śląski (MikoZ, Ijo, Tabarez), a po wrocławian (Chroboccio, Michcio, Orzezsek, Dominik) pojechaliśmy na dworzec. Tam oprócz nich czekali już dezali oraz Mirek, którzy do Opola mieli znacznie bliżej :)
Ruszamy do sklepu, małe zakupy ;) i do knajpy.
Mieliśmy tam rezerwację, ale... Pech chciał, że w stolicy polskiej piosenki trwały akurat przygotowania do festiwalu, a knajpka właśnie ich gościła. Musieliśmy się sporo naczekać i nazłościć, żeby VIPy napełnły swe brzuchy. Międzyczasie docierają kolejni Milaniści z Opola, między innymi Robal i Beny. Łączymy stoliki, za chwilę mecz. Kelnerka podaje browary i... jeden już wylany ;)
Ogólnie w lokalu sporo osób, liczbę Milanistów określić można jako kilkanaście, oprócz tego większość pikników sympatyzowała z nami, z powodu barw i tworzonej przez nas atmosfery. Kilku Juventusowców zgromadzonych przy jednym małym stoliku siedziało baaaaardzo daleko od ekranu ;-)
Nerwowa atmosfera, najważniejszy mecz od wielu lat. I nagle... goooooool! Wstajemy! Cieszymy się, skaczemy, krzyczymy!... I co? Chorągiewka w górze! Sędzia ty ch...!!!
Spokój, gramy dalej.
Kolejne piwka. Gra się wyrównuje, Milan już tak nie przeważa. Nerwówka. Jedni piją, inni obgryzają paznokcie. Udaje się przetrwać do przerwy. W międzyczasie konsumpcja czegos mocniejszego poza lokalem... ;)
Druga połowa. Nerwy, skupienie, niesamowite emocje. Wciąż nie ma gola. Będzie dogrywka? Może karne? A może jeszcze ktoś strzeli?... Nasze twarze mówią same za siebie: nie może strzelić Juve. I nie strzela. Ale Milan też nie zdobywa gola i mecz kończy się bezbramkowym remisem.
Chciałbym napisać coś o dogrywce, ale nie za bardzo wiem co. Pamiętam tylko, że byłem cholernie zdenerwowany i dużo piłem :)
Jednak dogrywka również nie przynosi rozstrzygnięcia! Jedni się cieszą - woleli karne, dla innych to już za dużo wrażeń... Tak czy owak wstajemy z miejsc! Do piłki podchodzi Trezegol i... nie ma gola!!! Broni Dida!!! "DIDA! DIDA!! DIDA!!!" - drzemy się na całe gardła.
Każdy kolejny karny przynosi niesamowite emocje. Dida ma wielkie szczęście - broni jak natchniony wprowadzając nas w euforyczny stan. Jeszcze tylko jedna obrona, jeszcze tylko jeden strzał... Podchodzi Szewa. Musi strzelić! MUSI! Szewa! Szewa!! Szewa!!!...
GOOOOOOOL!!! GOOOOOOOOOOOOOOOOOOL!!! JEEEEEEST!!!
Biegamy po knajpie jak szaleni. Okrzykom i uściskom nie ma końca. Toasty, śpiewy... Spojrzałem na chwilę na fanów Juve, ale nie wiedzieć czemu... zmyli się ;-D
MILAN! MILAN! MILAN! To jedno słowo jest na naszych ustach! MILAN JEST WIELKI! MILAN JEST MISTRZEM EUROPY! Dekoracja, wzniesienie Pucharu, euforia... Ruszamy w miasto! Ściągamy ze ściany flagę, unosimy ją nad głowy i idziemy! Śpiewy, okrzyki i czerwono-czarny pochód środkiem ulicy!
To jest nasz wieczór! To jest nasza noc! "FORZA MILAN! MILAN CAMPIONE!" - rozbrzmiewało pod komendą policji :)
Niestety - Milaniści z Wrocławia musieli udać się na dworzec - gdzie jeszcze ich spisano za picie alkoholu ;)
Mieszkający blisko Opola również się rozjechali się do domów, a ekipa Śląska plus Częstochowianin ruszyli do kapiego, po drodze doprawiając się mocniejszymi trunkami. Keszcze po drinku w domu i czas się rozstać...
Do następnego... Mistrzostwa Europy!!!<

zapraszamy również do galerii:  Gdańsk - Kraków - Opole
kapi
 


© Copyright 2002-2016 by ACMilan.PL  ::  Wszelkie prawa zastrzeżone