ACMilan.PL Strona Główna ACMilan.PL
Forum polskich kibiców Milanu

FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy
RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj

Poprzedni temat «» Następny temat
Milan: Niestworzone Opowieści
Autor Wiadomość
sahugani 
Milanista




Dołączył: 15 Sie 2005
Skąd: stamtąd
Wysłany: Sob Kwi 22, 2006 08:16   Milan: Niestworzone Opowieści

Jak wszyscy fani Milanu (a Kaki szczególnie) wiedzą - dziś są urodziny naszego zawodnika noszącego numer 22 na koszulce. Z tego powodu napisałem takie krótkie opowiadanie, co mogłoby się takiego dnia stać (oczywiście wiarygodność tej historyjki = 0 :) ).
Tekst powstał dla serwisu www.rickykaka.com .

Niewykluczone, że powstanie więcej opowiadań z serii.




Niezapomniane urodziny


Nazywam się Ricardo Izecson dos Santos Leite, bliżej znany jestem jako Kaka. Dwudziestegodrugiego dnia kwietnia obchodzę swoje urodziny. Tych z roku 2006 nie zapomnę nigdy.
Zaczęło się niewinnie: obudziłem się nie spodziewając się niczego. Spojrzałem przez okno. „Piękny dzień” – pomyślałem – „Idealny, by obchodzić jakoś swoje dwudziesteczwarte już urodziny”. Nagle okno pękło. W pokoju znikąd pojawiło się dwóch Żółwi Ninja i Ronaldinho. A może to było trzech Żółwi Ninja?
Tym razem naprawdę się obudziłem. Od jakiegoś czasu miewałem takie głupie sny. „Ponownie” wstałem i spojrzałem przez okno. Przynajmniej pogoda ze snu się zgadzała. Dopiero teraz zrozumiałem, co przerwało mój odpoczynek. Dzwonił mój telefon. Szybko pobiegłem, by go odebrać.
- Cześć! – powiedział głos w słuchawce zanim zdążyłem cokolwiek powiedzieć.
- No cześć. – odpowiedziałem niepewnie.
- Ja jestem Wayne Rooney, kojarzysz może?
- Tak, ale możesz powiedzieć, po co do mnie dzwonisz?
- Po pierwsze: wszystkiego najlepszego Izecsusie…
- Izecsonie, jeśli już.
- Po drugie: Kaka, właśnie wybrałem cię na swojego najlepszego przyjaciela.
- Co?! – zatkało mnie totalnie.
- Już powiedziałem. Może jako najlepsi przyjaciele teraz łącząc się myślami, wspólnie pomilczymy?
Faktycznie zamilkłem. Bynajmniej nie dlatego, że tak chciał Rooney, po prostu nie wiedziałem, co mam powiedzieć. Już chciałem zakończyć konwersację, gdy po około półminutowej wspólnej ciszy Anglik powiedział.
- Dobra Kaka, fajny jesteś przyjaciel, na razie kończymy, cześć!
I odłożył słuchawkę. Wszyscy w Manchesterze są tacy dziwni?
Lekko zdegustowany postanowiłem zrobić sobie kawę, lecz nie zdążyłem odejść kilku metrów od telefonu, gdy znów usłyszałem jego sygnał. Brzydko przekląłem.
- Czego chcesz?! – krzyknąłem.
- Eee. – odpowiedział przestraszony głos w słuchawce. Poznałem, że tym razem to nie był Rooney.
- Mógłbyś coś powiedzieć? – tym razem mój głos był łagodniejszy.
- Cześć Kaka, to ja Gila… - Alberto zaczął powoli.
- I? – wymusiłem na nim by przeszedł do rzeczy.
- Słuchaj – jest sprawa. Właśnie wiozłem moim samochodem bardzo ważne rzeczy dla babci…
- Dla babci?! Ale co mnie to obchodzi?! – może to było niegrzeczne, ale byłem już poirytowany nielekko.
- …i rozbiłem samochód. Widzisz – w wozie nie ma dokumentów, i jeżeli służba drogowa przyjedzie tu szybciej niż ty, to zabiorą mój wóz do kasacji? Czaisz? To weź jakąś linkę i dawaj tu!
Gila podał mi dokładny adres. Cham jeden nawet mi życzeń nie złożył. Ale ja nie jestem Stam, żeby bić kogoś za takie rzeczy. Szybko się ubrałem, zjadłem mrożoną pizzę (tak – mrożoną, nie rozmrażaną) i szybko wyszedłem z pokoju. Słyszałem tylko jeszcze jak Caroline woła:
- Ricky, gdzie idziesz?
- Pomilczeć z Rooney’em! – odpowiedziałem ironicznie.
Nie powinienem być zły na nią, ale jakoś tak się ułożyło, że byłem zły na wszystkich i wszystko. Co za idiota z tego Gilardino? Wsiadłem szybko do samochodu i wyruszyłem w kierunku miejsca, które podał mi Alberto. Odruchowo włączyłem radio. Akurat skończyła się jakaś piosenka i prowadzący audycję powiedział:
- Właśnie dodzwoniła się do nas czternastoletnia Greta! Co nam powiesz?
- Dziś są urodziny Kaki, dlatego ja i cały nasz klasowy klub jego wielbicielek składa mu gorące życzenia z tej okazji! Kochamy cię Ricky!
Grunt to mieć fanów. Nieważne, jakich. To co, że prawdopodobnie ta dziewczyna i jej koleżanki nawet nie wiedzą dokładnie co to jest chociażby rzut wolny? Fan to fan, jaki by nie był.
Popadłem w takie zamyślenie, przez co mało nie potrąciłem stojącego na ulicy Gili. Na szczęście chłopak ma trochę refleksu i odskoczył w odpowiednim momencie. Faktycznie – jego samochód był nieźle skasowany. Gila podbiegł do okna mojego pojazdu:
- To jak? Masz linkę? – zapytał.
- Cholera… Nie! Zapomniałem zupełnie! – odpowiedziałem.
- Dobra nieważne, chodź pokażę ci, co mam fajnego w bagażniku. - Alberto uśmiechnął się tryumfalnie. Trochę mnie to zdziwiło. Wyszedłem z samochodu. Mój przyjaciel zaczął męczyć się z otworzeniem bagażnika i… niestety nie skończył. Jego mina wyraźnie się zmieniła. Wyglądał na bardzo zakłopotanego.
- Bagażnik się zaciął! – krzyknął rozpaczliwie.
- Tak się składa, że już to zauważyłem. – odparłem.
- Ale tam… Tam jest… Tam SĄ… tak są… eee… pamiątki mojej babci! Bardzo ważne! Muszę otworzyć bagażnik!
- Spójrz, już ktoś powiadomił pomoc drogową, jadą tutaj. Pomogą ci z bagażnikiem. – zauważyłem.
Gila brzydko przeklął.
- Kaka zrozum! W wozie nie ma dokumentów, jego stan jest za przeproszeniem „dodupny”, to oni mi go zaraz zezłomują, a nie otworzą bagażnik!
- No fakt… - zrozumiałem.
- Kurde, Kaka zrób coś! Musimy zabrać stąd ten samochód, zanim oni to zrobią! – Gila prawie się popłakał, kiedy to krzyczał.
Pomyślałem chwilę. To trwało krócej niż dwie sekundy. Moja wrodzona zaradność zaczęła pracować.
- Zdejmij koszulę! – nakazałem koledze.
Alberto zdziwiony, jednak wykonał to polecenie. Ja zdjąłem swoją i zacząłem ją przywiązywać do tylnego zderzaka mojego pojazdu. Gila zrozumiał, o co mi chodzi, po czym dokończył swoją koszulą taką prowizoryczną linkę holowniczą.
Chyba szybciej niż światło wsiedliśmy do mojego wozu. Momentalnie odpaliłem silnik. Pomoc drogowa już parkowała tuż obok. Ruszyliśmy. „To szaleństwo” – pomyślałem – „Gila nawet nie złożył mi życzeń, a ja przez niego mogę się władować w niezłe tarapaty”.
Oddaliliśmy się na dobrą odległość od miejsca naszego spotkania. Samochodu naszych „prześladowców” nie było widać. Gila rzucił mi się prawie na szyję.
- Kaka jesteś genialny! – krzyknął. Ta jego nad wymiar wyrażana radość spowodowała nieznaczne wychylenie mojego ciała, przez co zauważyłem, że… już jakiś dobry czas holujemy tylko moją koszulę.
Bardzo brzydko przekląłem.
- Co?! – Gila z pytaniem w oczach spojrzał przez okno pojazdu.
Powtórzył to samo słowo, co ja tylko jeszcze głośniej i dosadniej.
Zatrzymałem samochód hamulcem ręcznym. Biedny Gila uderzył głową w szybę, bo nie zapiął pasów. Bez słowa wytarł krew z nosa i z błagalną miną popatrzył na mnie.
- Kaka nie wiem jak, ale musimy dotrzeć na złomowisko przed tamtym samochodem. – powiedział załamującym się głosem.
Coś mnie tknęło. Wiedziałem gdzie jechać. Wiedziałem jak, wiedziałem, po co… po pamiątki babci Alberto. Ale skoro to było na tyle ważne… szkoda, że nie możecie zobaczyć, jaką minę miał wtedy mój drużynowy kolega. Samochód znów ruszył.
Kiedy tak jechaliśmy rozpaczliwie szybko do celu Gila włączył radio. Nadal trwała ta audycja, co wcześniej. Spiker powiedział:
- Dodzwonił się do nas dwudziestojednoletni Wayne z Manchesteru. Co nam powiesz Wayne?
- Witam panie spikerze! Chciałbym pozdrowić mojego najlepszego kolegę Izecsusa Kakę, dlatego, iż jest on moim najlepszym przyjacielem i dziś obchodzi urodziny, więc właśnie dlatego.
Wyłączyłem radio. Gila prawie się popłakał ze śmiechu (tym razem).
- Włączę może jakąś swoją muzę. – zaproponował.
- No to dawaj!
Alberto włożył do napędu CD jakąś swoją płytkę. Po chwili z głośników zaczęły się wydobywać drapieżne dźwięki „umpa umpa” nazywane przez niektórych muzką… techno.
- Co to za szit? – zapytałem.
- Dobra muza, poczekaj zaraz będzie wokal.
- Co to jest?
- Eto’o – „Madrid Carbon - Dj Gongo Flappy Edit”. Niezła muza!
- Eee. – skomentowałem inteligentnie.
Właściwie byliśmy już na miejscu. Tuż przed nami stała ciężarówka holująca samochód Alberto. Wysiedliśmy z pojazdu. Jakbyśmy się dogadali pobiegliśmy to dwóch facetów stojących w bramie ogrodzenia.
- Zostawcie ten samochód, on jest mój! – krzyczał rozpaczliwie Gila, gdy dwóch osiłków zatrzymało nas siłą.
- Nawet nie sprawdzaliście, co tam jest i już na kasację?! – pytałem.
- Nic tam nie było. A teraz będzie przydatny metal. – uśmiechnął się złośliwie jeden z nich.
- Ale… - starałem się zrozumieć, dlaczego tak nagle i bez pytania zamierzają oni skasować czyjś samochód. Dokumentów, co prawda nie było, ale… I wtedy zobaczyłem coś, co otworzyło mi oczy. Obydwaj strażnicy mieli pod służbowymi kurtkami koszulki Interu. Co ta nienawiść robi z ludźmi.
Jeden ze nich odepchnął mojego kolegę, tak, że ten upadł na ziemię. Spojrzał na mnie znów jakby miał się popłakać. Mogliśmy teraz jedynie bezczynnie patrzeć jak dźwig podnosi jego samochód. Taka znienawidzona przez wszystkich bezsilność. I jeszcze te bezczelne uśmiechy strażników.
„NIE!” – pomyślałem. Znienacka uderzyłem jednego przeciwnika kolanem w brzuch i przebiegłem obok niego. Drugi nie zdążył mnie chwycić, więc zaczął za mną biec. Nie odwracałem się. Wzrokiem śledziłem samochód przyjaciela. Dźwig położył go na wielki taśmociąg, w którego środku znajdowała się taka zgniatarka. Ubijała w kosteczkę.
W akcie heroizmu najszybciej jak mogłem wdrapałem się na ów taśmociąg i zacząłem gonić pojazd Alberto, który na tej taśmie zbliżał się do zagłady. Teraz dopiero zastanowiłem się – „Co ja zrobię?. Przecież nie zepchnę tego samochodu, żeby spadł sobie w dół z jakichś siedmiu metrów. Nawet nie dałbym rady.”
Myślałem, co robić, a czas uciekał. Teraz dopiero zauważyłem, że Gila zmaga się z dwoma strażnikami postury goryla. Na szczęcie był od nich szybszy i dobrze sobie radził w uciekaniu. Postawiłem wszystko na jedną kartę. Zacząłem z całej siły kopać w bagażnik, by ten w końcu ustąpił. On wciąż zbliżał się do zgniatarki… Zapomniałem, że ja też będę rozgnieciony jak się nie ewakuuję. Już było za późno, nie miałem gdzie uciec, to miał chyba być koniec…
Nie wiedziałem, co i jak, ale coś śmignęło przed moimi oczyma i poczułem dotkliwy ból. Chyba na chwilę straciłem przytomność. Otworzyłem oczy. Widziałem niebo. Na szczęście nie był to jeszcze raj – żyłem. I dobrze to czułem, bolało mnie wszystko. Zauważyłem, że leżę w samochodzie Gilardino, który jakimś cudem stoi na ziemi. Wpadłem do niego przez dach, o czym świadczyła dziura, przez którą widziałem niebo oraz dotkliwy ból moich pleców. Słyszałem, że na miejsce jedzie kilka samochodów. Pomyślałem, że to policja.
Coś szarpnęło mnie za rękę i wyrzuciło z samochodu. I znów upadłem, tym razem na ziemię. To nie było coś, tylko ktoś – Jaap Stam konkretnie.
- Nie połamałeś się gówniarzu? – zapytał jak zawsze pogardliwym głosem.
- Nie. – odparłem, chociaż pewny nie byłem.
Jakoś wstałem i rozejrzałem się. Dookoła były samochody kumpli z drużyny, a dwóch osiłków leżało gdzieś w stanie nieprzytomności. Nie bardzo rozumiałem, co się dzieje.
Tymczasem Stam wyrwał drzwi z bagażnika samochodu Gili. Ze środka chwiejnym krokiem wyszedł Seedorf (!) z kwiatami (!), podszedł do mnie, uśmiechnął się niemrawo i powiedział patrząc na mnie:
- Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin.
Po czym padł na ziemię. Biedak złożył się jak scyzoryk. Teraz wszyscy zaczęli do mnie podchodzić, składać życzenia i dawać prezenty. Teraz dopiero zrobił to Gila i Caroline, która też tu była.
Wyjaśniono mi, co tak naprawdę zaszło. Otóż Seedorf miał wyjść z tego bagażnika, gdy tylko Alberto spotkałem. Niestety bagażnik się zaciął i sprawy się potoczyły nie w myśl planu. Na szczęście Stam nas zdążył uratować, pokonując strażników i zrzucając samochód i mnie z taśmociągu. Gila do końca nie zdradzał się z zamiarami planu, bo Jaap mu zagroził… pobiciem oczywiście. A tak w ogóle to cały ten plan z niespodzianką urodzinową to (o dziwo!) był właśnie pomysł wielkiego Holendra.
Dostałem wspaniałe prezenty, a tych urodzin nie zapomnę do końca życia. Nikt chyba bardziej zapadających w pamięć nie przeżył.
_________________
Bo STAMowczym trzeba być...

www.stamwyjatkowy.tk - Oficjalna Strona "Stama Wyjątkowego"
 
 
kwoznica 
Milanista



Dołączył: 29 Lis 2005
Skąd: Gdańsk
Wysłany: Sob Kwi 22, 2006 18:24   

Bardzo dobre opowiadanie, ahh ten Twój humor i jak zwykle Stam wyśmiewa Kake, chociaż chyba po raz pierwszy go w jakimś Twoim dziele ratuje :P
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group